Jan Piekło, Wyklęta Serbia.
Kiedy samoloty NATO zbombardowały serbskie pozycje pod Gorażde w Bośni, w Belgradzie ludzie wytłukli szyby w samochodach UNPROFOR (sił pokojowych ONZ). Serbowie są dumnym narodem. W belgradzkich knajpkach, po kolejnym kieliszku rakiji, śpiewają narodowe pieśni i tańczą "kolo". Kombinują benzynę do swoich zastaw i yugo, płacą w sklepach nowymi dinarami, których kurs, o dziwo, wciąż wynosi 1 dinar - 1 DM i mają dosyć wojny, choć nie wyobrażają sobie możliwości zawarcia pokoju za każdą cenę. Nawet ci, którzy są przeciwnikami rządów Slobodana Miloszevicia uważają, że jest on wybitnym politykiem. Dla jednych i drugich stał się strażnikiem serbskiej dumy narodowej...
Wobec sankcji
W belgradzkich sklepach jest właściwie wszystko co jest niezbędne do życia. Przeciętna pensja wynosi ok. 80 DM a chleb kosztuje 0,5 DM. Benzynę można kupić; sprzedają ją w plastikowych butelkach po coli i kanistrach przedsiębiorczy osobnicy - przy wjeździe do miasta stoją przy samochodach na maskach których ustawili szeregiem flaszki z paliwem. Cena za litr przeciętnie wynosi 2,5 DM. W obliczu klątwy Narodów Zjednoczonych i embarga Serbowie, urażeni w swojej narodowej godności czują się bardziej niż kiedykolwiek solidarni. Wykorzystuje to genialnie Miloszević.
Gordanowi Dragoviciowi, który studiował reżyserię filmową w Łodzi, dzisiejszy czas kojarzy się z Polską stanu wojennego. Gordan jeździ starym mercedesem 200 D i poprzez swoje powiązania z Rotary Club stara się pomóc swojemu krajowi, tym, którzy najbardziej potrzebują. Uważa się za opozycjonistę a Vuka Drażkovicia ma za kiepskiego polityka. Gordan zna w Belgradzie wszystkich, których warto znać.
Na rampie Jugospedu, nad bulwarem wezbranej Sawy, prosty i bardzo klarowny światopogląd wyłuszczyć może każdemu Nikola, rencista. Przychodzi tu często, jak wielu belgradzkich taksówkarzy i kierowców, w nadziei, że któryś z zagranicznych kierowców przybywających tu z konwojem pomocy humanitarnej "odpali" mu nieco ropy czy benzyny. Kiedy natknie się na Słowianina, z którym jako tako może się porozumieć, Nikola powie, że Słowianie powinni się trzymać razem i że Chorwaci zdradzili Słowian. Polacy i Serbowie to jedna braterska krew. Albańczycy to faszyści, a Chorwaci to ustasze. Nikola będzie wtedy wylewny i serdeczny.
Na murach kamienic w Belgradzie widnieją napisy np. takie jak ten: "Ultra boys" i czetnickie krzyże. Coraz więcej szyldów i tablic informacyjnych jest w cyrylicy. W telewizji artyści śpiewają narodowe pieśni. W 1 programie rządowej RTS dziennik pokazuje kolumnę ONZ-owskich ciężarówek na przedmieściach Gorażde. Do miasta nie mogą wjechać gdyż serbskie kobiety położyły się na drodze zagradzając drogę pojazdom. Żądają by najpierw Muzułmanie wypuścili Serbów trzymanych w charakterze zakładników w Gorażde. Potem tv pokazuje reportaż o jednostkach specjalnych ministerstwa spraw wewnętrznych stylizowany na serbski epos. Patetyczna muzyka i zwolnione ruchy umięśnionych, wygimnastykowanych osiłków. W studiu niezależnej NTV natomiast wywiad z Vukiem Drażkoviciem. W warunkach embarga telewizja serbska radzi sobie świetnie. Emituje "na pirata" najnowsze filmy amerykańskie, niedawno można było oglądnąć na szklanym ekranie "Jurassic park" Stevena Spielberga...
Serbowie, odcięci od świata, są wdzięczni za każdy gest pomocy, otwarcia w ich kierunku, za każdą ciężarówkę z obcą rejestracją, która przywozi im pomoc humanitarną, czy ma ona rejestrację grecką, niemiecką czy polską. Lekarze w szpitalach, dzięki otrzymanym lekom, mogą pomóc chorym, zaś aparat propagandowy korzysta z okazji podkreślając, że serbski naród ma przyjaciół w świecie, że nie jest sam. Po konwojach z pomocą, którą Stowarzyszenie Médecins du Monde z Krakowa i warszawska Fundacja EquiLibre dostarczyły do Belgradu, zmienił się stosunek do Polaków. Przedtem wyznaczała go niechęć do stronniczego, zdaniem Serbów, specjalnego wysłannika ONZ Tadeusza Mazowieckiego. Teraz uzbrojeni milicjanci na rogatkach, zamiast, jak przedtem, wyklinać na Mazowieckiego, są wobec Polaków życzliwi i pytają jedynie rutynowo czy nie wieziemy broni.
Za górami front
Titovo Użice już nie istnieją. Na wszystkich drogowskazach i szyldach słowo "Titovo" wydrapano lub zamazano czarną farbą, tak dokładnie żeby przyszłe pokolenia nie były w stanie napisu zrekonstruować. Tito był przecież Chorwatem. Więc miasto nazywa się tylko Użice. Leży na południowy zachód od Belgradu. Jadąc od strony stolicy mija się restauracje: "Wielka Serbia" i "Europa" (napisy oczywiście w cyrylicy) i widzi się stary drogowskaz na Tuzlę i Sarajewo. Potem wjeżdża się w góry. 60 km na zachód od Użic płynie Drina i tam zaczyna się państwo Radovana Karadżica - Republika Serbów Bośniackich.
W Użicach jest "bolnica" - wielki szpital na 900 łóżek - największy w tym regionie aż po Sarajewo. Przed wojną leczyli się tu także Muzułmanie. Tamten, nie tak znów odległy czas wciąż przypominają szpitalne ręczniki z napisem: "Titovo Użice", na których nie sposób "Titovo" zamalować czarną farbą, można co najwyżej wyciąć je nożyczkami, tak jak w dobie rewolucji w Rumunii ludzie wycinali znienawidzony emblemat z narodowej flagi. Widać jednak względy racjonalne przeważyły. Ręczniki są potrzebne a w szpitalu brakuje wszystkiego - od gazy, antybiotyków, płynów transfuzyjnych, narzędzi chirurgicznych, lamp do operacji, środków czystości i piżam po części zamienne do aparatury medycznej, która często zalega bezczynnie magazyny. Szpital zbudowano 10 lat temu jako bardzo nowoczesny i wciąż jego standard, mimo wynikających z obecnej sytuacji zaniedbań i braków, mógłby wprawić w zakłopotanie nie jednego polskiego lekarza.
W liczących sobie około 80 tys. mieszkańców Użicach szpital pełni rolę przyfrontowego. Kiedy rozpoczęła się ofensywa na Gorażde sale opróżniono, większość chorych wysłano do domów. Rannych "vojników" Republiki Serbskiej przywożono z frontu sanitarkami. Mówili, że w Gorażde toczą się walki uliczne. Jedna z lekarek w odruchu szczerości wyznała, że jeden ranny zmarł podczas transportu helikopterem (obowiązuje ustanowiony przez ONZ zakaz lotów nad terytorium Bośni i Hercegowiny). "Vojnicy" leżą na oddziałach: chirurgicznym i ortopedycznym. Niektórym amputowano rozerwane na minach kończyny, innych pozszywano i poskładano, powyciągano z ciała odłamki.
21-letni Marić Aco-Malikan z Rudo, niewielkiej miejscowości w Bośni, zaciąga się papierosem... Bił się od września 1991 roku; najpierw w Vukovarze, potem w Mostarze za "Republikę Serbską, która powinna być jednym wielkim krajem z Serbią". Brat i siostra też są na wojnie. Mąż siostry i paru przyjaciół Maricia zginęli... Miał kiedyś kolegę Muzułmanina ale "teraz im już nie wierzy". Jak wyzdrowieje chce wrócić do siebie, do Republiki Serbskiej w Bośni. Tak samo jak 24-letni Serzo Miličević z Ilidży, który wszedł na minę, jak rówieśnik Serza Ilič Goran z Bratunca na bośniackim brzegu Driny, któremu przeciwlotniczy pocisk utkwił w nodze, jak 20-letni Vladimir Krajśnik. Kiedy mówią o powrocie ich twarze stają się zacięte a w oczach zapalają się błyski. Chcą wrócić by bronić swoich domów - by mścić się i zabijać...
Potem w dyżurce słucham lekarki, młodej, ładnej dziewczyny w białym kitlu, która zwierza się po angielsku:
- Nie chciałabym stąd wyjeżdżać, to piękny kraj, byleby się tylko wojna skończyła...
Miljko Pejić, lekarz, który pracuje w użickim szpitalu od 4 lat, nie chce mówić o polityce:
- Dwa, trzy lata temu jeszcze interesowałem się tym wszystkim, teraz czytam tylko sportowe gazety...
Rok temu przebywali w szpitalu ranni Kozacy "dobrowolcy" - ochotnicy z Ukrainy. Były z nimi problemy; rakiję ciągnęli jak smoki i mieli przy sobie broń i materiały wybuchowe, z którymi nie zamierzali się rozstawać. Teraz Kozaków nie ma. Na dziecięcym oddziale leży potłuczony malec, który wypadł z 4 piętra. W świetlicy dzieciaki uczą się pod czujnym okiem wychowawczyni... W gabinecie dyrektora szpitala Mihailo Popovicia wisi portret ojca serbskiego piśmiennictwa Vuka Karadżica, przodka Radovana - poety i przywódcy Serbów bośniackich. Za oknem wiosennie zazielenione góry, za górami dolina Driny i Bośnia... I front...
Kosowo - sedno problemu
Ibarska magistrala wije się w krętej malowniczej dolinie rzeki Ibar wśród pokrytych lasem gór. Widać białe ściany przycupniętych przy skale starych serbskich monastyrów. Za kierownicą nadjeżdżającego z naprzeciwka samochodu siedzi brodaty, w wysokiej czapie na głowie, pop. Droga prowadzi do sedna serbskiego problemu - , tam, gdzie, jak mówi sekretarz ds. informacji prowincji Kosowo i Metohija, serbski urzędnik Bożko Drobnjak, od Bośni w ziemie serbskie wbija się muzułmański klin - Sandżak i albańskie Kosowo.
Rogatka, po drodze pruje stara zastawa z młodymi ludźmi wymachującymi przez okno bronią. Upiorny, księżycowy krajobraz Kosovo (niegdyś oczywiście Titovo) Mitrovici - obszar ekologicznej klęski. Tu procent dzieci, które rodziły się z uszkodzeniami okołoporodowymi był jeden z największych w Europie. Jack Cluth, pracownik Mercy Corps International ze stanu Oregon w USA, organizacji, która zajmuje się pomocą humanitarną dla ludności albańskiej stanowiącej według szacunków ponad 90 procent ludności Kosowa, mówi, że od chwili kiedy zamknięto większość kopalń w Mitrovici sytuacja ekologiczna znacznie się poprawiła.
Wreszcie minarety i wąskie uliczki Prisztiny, stolicy Kosowa, jednego z brzydszych miast świata. Kwaśny zapach biedy i śmieci, których gnijące sterty leżą w środku miasta. Nie opodal starymi oponami bawią się dzieciaki, których grupki brykają w każdym zakątku. Ma się wrażenie, że Prisztina to miasto dzieci i młodzieży - albańska społeczność jest chyba najmłodszą w świecie, ponad 50 procent kosowskich Albańczyków ma mniej niż 18 lat. Pachną orientalne przyprawy i kawa, przesłodzoną herbatę ludzie piją tu w małych wysokich szklaneczkach. W uliczkach kotłuje się tłum - mężczyźni w tradycyjnych, białych, owalnych czapkach na głowach, w turbanach, kobiety w obszernych szarawarach, staruszki w chustkach nasuniętych prawie na oczy. Nie opodal jest targowisko; młodzi chłopcy, cali w dżinsie, sprzedają papierosy, kawę, owoce, meble. Ktoś siedzi na krawężniku przez cały dzień. Samochody trąbiąc przeciskają się przez tłum niemal popychając zderzakami ludzi. W dzielnicy, gdzie w obszernych piętrowych domach mieszkają bogaci Albańczycy, którzy mają rodziny w Niemczech czy Ameryce, i przed norami ubogich, którzy żyją dzięki pomocy organizacji charytatywnych, suszy się na sznurkach bielizna. Można odnieść wrażenie, że tu kończy się Europa a zaczyna islamski Wschód. Można, gdyby nie to, że kiedy zaczepisz młodą dziewczynę czy chłopaka na ulicy by zapytać o coś, odpowie ci w płynnej angielszczyźnie, nawet nie zająknąwszy się. Starsi zaś mogą odpowiedzieć po włosku, gdyż w czasie II wojny światowej Albania wraz z włączonym doń Kosowem była sojusznikiem Mussoliniego. Wtedy wielu kosowskich Albańczyków walczyło przeciw jugosłowiańskim partyzantom.
Świadectwo przeciw Serbom
Albańczycy rządzili w Kosowie do momentu kiedy do władzy doszedł Slobodan Miloszević. Do tej pory Serbowie uważali się za prześladowanych i emigrowali z Kosowa. Zdarzały się ponoć wypadki pobić i niszczenia serbskiego mienia. Władze, wówczas albańskie, odmawiały prowadzenia śledztwa i karania sprawców. Miloszević uczynił z problemu Kosowa sztandarową sprawę serbskiego patriotyzmu, ślubując pod pomnikiem na Kosowym Polu, że zakończy prześladowania Serbów i przywróci tu ich władzę. Po zbrojnym zdławieniu oporu Albańczyków Serbia przejęła administrację prowincji. Albańczycy odpowiedzieli bojkotem serbskich urzędów i przenieśli swoje struktury do podziemia. Obrażają się gdy obcy przybysz nazwie je nielegalnymi. Oni, Albańczycy, potomkowie starożytnego narodu Ilirów "są tu na swojej ziemi, która teraz znajduje się pod serbską okupacją". Miloszević, jako sprawca takiego biegu wydarzeń, jest przez nich szczególnie znienawidzony. W latach 1990-92 działacze albańscy z różnych ugrupowań doprowadzili, w ramach tzw. Ruchu Pojednania, do zawieszenia egzekwowania starożytnego prawa do zemsty rodowej. Wtedy Serbowie zaczęli się naprawdę bać.
Albańczycy potrafią przekonywać do swoich racji znacznie lepiej niż Serbowie, co z zazdrością podkreśla Bożko Drobnjak, serbski urzędnik sekretariatu ds. informacji w Prisztinie. Po angielsku, francusku, włosku czy nawet serbsku, z południowym ogniem w oczach, żywo gestykulując mówią o swoich krzywdach. Każdy śmieć na ulicy, każdy wielodzietny biedak, zapuszczona toaleta w podziemnej szkole, każda cegła na której spoczywają nie heblowane deski służące za ławkę dla uczniów i egzema na brudnej rączce dziecka mają świadczyć przeciwko Serbom, mają mówić o tym, jak ciężko się żyje pod serbskim jarzmem. Odnieść można wrażenia, że energia Albańczyków koncentruje się nie na próbach budowania swojej rzeczywistości ale na tworzeniu "image" krzywdzonego, bezbronnego dziecka. Wkładają w to całą duszę... To taktyka obliczona na przetrwanie, na udowodnienie czegoś, nie na pracę. Są niebywale solidarni i jeśli chodzi o konstruowanie "image" świetnie zorganizowani. Nieliczni z nich, którzy współpracują z serbską administracją, uważani są za zdrajców...
Martin, działacz kosowskiego katolickiego stowarzyszenia charytatywnego im. Matki Teresy, zapytany dlaczego w jego okolicy gnije cuchnąca kupa śmieci odpowie tak:
- To przejaw dyskryminacji. Śmieci wywożą Serbowie tylko raz w miesiącu i to drogo kosztuje. My mieliśmy nawet zamiar wywieźć je traktorem ale mieliśmy kłopoty ze składowaniem tego na wysypisku..."
Od Serbów zaś można usłyszeć:
- To nieprawda. Albańczycy to lenie i brudasy... Chcą żebyśmy ich obsługiwali...
Przepaść
Większość kosowskich Albańczyków nie ma zatrudnienia, utracili oni oficjalną pracę, zarabiają więc handlując na targowiskach lub pracują w podziemnych szkołach, szpitalach, instytucjach. Dostają za to, często nieregularnie, gratyfikację - czasem 80, czasem 40 DM z funduszy uzyskanych, jak wieść niesie, z dobrowolnego opodatkowania się albańskiej społeczności w kraju i na emigracji. Inni, w tym wielu młodych, którzy właśnie ukończyli szkołę, siedzą w domach i żyją dzięki solidarnej pomocy krewnych czy sąsiadów lub otrzymują dary z instytucji charytatywnych. Często w norze, której nikt nie odważyłby się nazwać pokojem, gdzie żyje rodzina z szóstką umorusanych i zawszonych dzieci, stoi na centralnym miejscu kolorowe opakowanie zachodniego detergentu do prania.
- To od nas, od Matki Teresy - skomentuje nie bez dumy Martin, odwiedzający ze mną swoich najuboższych podopiecznych w tej biednej dzielnicy Prisztiny.
Potem widzę jak kobieta, której wieku nie da się określić, wyjmuje z brunatnej cieczy kolejne sztuki bielizny i nie płukane wiesza na sznurku. Przypominają mi się słowa Jacka Clutha, pracownika Mercy Corps International z Oregonu:
- Albańczycy to wspaniali ludzie, ale trzeba ich nauczyć organizowania sobie życia. Teraz żyją z pomocy charytatywnej... Trzeba, by wzięli losy w swoje ręce...
Albańczycy są serdeczni i gościnni. Mówią dużo i z emfazą, ale mało konkretnie. W rozmowie wezmą cię czule pod ramię lub będą cię dotykać przyjacielsko ręką i wtedy, przynajmniej przez pierwsze chwile, będziesz się czuł niepewnie. Potem przywykniesz...
Są optymistami, wierzą, że Miloszević wreszcie przegra i świat pomoże im w sposób pokojowy stworzyć własne demokratyczne państwo, które, być może, w przyszłości połączy się z Albanią.
- Przecież to jeden naród - mówią, myśląc jednocześnie o swoich braciach w pobliskiej Macedonii. Uważają się za Europejczyków i dystansują się od ortodoksyjnego islamu.
- Albańczycy byli chrześcijanami - słyszę od Liwki, 25-letniego nauczyciela angielskiego w podziemnej szkole handlu, hotelarstwa i turystyki imienia 7 Września (dnia ogłoszenia niepodległości Kosowa), która mieści się, jak inne, w prywatnym, nieco zdewastowanym domu.
- Ulegliśmy islamizacji by ratować substancję narodową. Religia nie ma dla nas wielkiego znaczenia. Tu nie ma fundamentalizmu i nigdy nie będzie. Nasze kobiety nie noszą czarczafu. Albańczycy mają po jednej żonie, a klasy są mieszane, koedukacyjne...
Dzieci siedzą na podłodze lub prowizorycznie skleconych ławkach i trzymają na kolanach zeszyty.
- Czy macie kolegów Serbów? - pytam z głupia frant.
- My Serbów nie lubimy - odpowiadają w niezłym angielskim z ledwo dostrzegalną urazą i jednocześnie życzliwym pobłażaniem w głosie dla niewiedzy i braku orientacji tego cudzoziemca, który zadał to niestosowne pytanie. Wtedy pojmuję, że tę przepaść nie sposób zasypać i że dla Kosowa pozostają tylko dwa rozwiązania: albo Serbowie się stąd wyniosą sami, albo będzie wojna... Wszak rozpad Jugosławii właśnie zaczął się w Kosowie.
Maraton Pokoju
Serbowie w Belgradzie, Szabcu czy Użicach nie wyobrażają sobie by Kosowo, historycznie serbska ziemia zroszona krwią ich praprzodków, którzy padli w bitwie z Turkami na Kosowym Polu w roku 1389, mogła zostać oddana komukolwiek. Nikola, rencista, który przychodzi na rampę Jugospedu nad bulwarem Sawy w Belgradzie w nadziei, że któryś z zagranicznych kierowców "odpali" mu trochę benzyny czy ropy, nie ma żadnego pomysłu na to, jak rozwiązać sytuację w Kosowie. Wie tylko, że Albańczycy mają po parę żon i wiele dzieci a Serbowie tylko jedną żonę. I że to jest spisek wymierzony w Serbów. Gordan Dragović jest przekonany, że w Kosowie będzie wojna. Za pośrednictwem Rotary Club pragnie przekazać część z otrzymanych przez siebie darów do albańskiego szpitala w Prisztinie, jako "polityczny gest dobrej woli".
- Humanitarna pomoc polega na porozumieniu ludzi, nie polityków - mówi.
U niego w domu, w gabinecie wisi na ścianie rysunek Anny, jego żony. Przedstawia ludzkie martwe ciała i czarną dziurę, które, niby ssący lej, wciąga trupy. W tle kontury cerkwi...
Na Szkadarskiej ulicy, w przytulnych knajpkach kelnerzy serwują BIP (belgradzkie piwo) i w małych filiżankach czarną kawę o niepowtarzalnym aromacie. Pada wiosenny, ciepły deszcz. Centrum Belgradu milicja zamknęła dla ruchu. Ulicami biegną uczestnicy maratonu na rzecz pokoju w Jugosławii.
Tekst powstał w maju 1994 r.
powrót