»Wprowadzenie

Oblicza nienawiści





Jan Piekło, Krajobraz po wojnie (III) - Sarajewo.


Jan Piekło

Z okna samolotu podchodzącego do lądowania na sarajewskim lotnisku najpierw widać domki, małe jak klocki Lego, porozrzucane ręką dziecka wśród zielonych wzgórz. Rosną w oczach; kiedy ATR chorwackich linii wypuszcza podwozie, poznaję te domy - to wypalone, martwe ruiny z okiennicami bez szyb, bliznami po moĄdzierzach w kolorze cegły - dzielnice Ilidża i Dobrinja, o które Serbowie i Bośniacy zażarcie walczyli. Ślady zniszczeń porasta bujnie zieleń. Lotniska pilnują transportery SFOR (Stabilization Force) i uzbrojeni po zęby francuscy żołnierze. Dopiero od 3 miesięcy regularnie lądują na nim cywilne samoloty.


Pierścionek dla żołnierza

Do Sarajewa powróciła nadzieja; choć zmęczeni oblężeniem i nieufni wobec podejmowanych przez Zachód licznych wysiłków mediacyjnych mieszkańcy nie tryskają optymizmem, widać, że życie zwyciężyło destrukcję.

W mieście, jak przed wojną, znowu kursują czerwone tramwaje. Jeżdżą taksówki - kierowca wiozący gości z lotniska (są to przeważnie przedstawiciele różnych misji, odważni biznesmeni, odwiedzający rodziny) zawsze pokazuje po drodze rozwalony pociskami budynek "Oslobodjenia", siedzibę rządu, wyremontowany "Holiday Inn", wciąż nieczynną stację kolejową, gdzie na bocznicy stoją wypalone wraki wagonów i zerkając w lusterko obserwuje reakcję przybysza. Bośniaccy policjanci zamienili polowe mundury na czarne uniformy skrojone na modłę amerykańskiej policji.

Ulicami suną stare zastawy i yugo, białe terenowe wozy UN (ONZ) i OSCE (OBWE), wojskowe transportery SFOR i miejskie autobusy z żółtymi gwiazdami Unii Europejskiej - dar dla miasta w ramach programu odbudowy. W centrum starego miasta w dzielnicy Baszczarszija przy meczecie na ul. Saraci mężczyĄni kryją miedzianą blachą uszkodzoną kopułę świątyni. Na zewnątrz modlą się kobiety. Pochylają się w głębokich skłonach tak, że przez moment widać tylko ich gołe pięty. Obok przystanął patrol zaciekawionych holenderskich żołnierzy z groĄnie wyglądającą bronią na ramieniu. Obserwują modlitwę przez kraty. Nie opodal , zza gmachu wypalonej w środku odbudowywanej obecnie biblioteki sterczy jak wymowny symbol ramię potężnego dĄwigu. W licznych sklepikach trwa handel. Wypełniają się martwe nie tak dawno witryny. Amerykański żołnierz - czarnoskóra kobieta z misternie splecionymi warkoczykami negocjuje cenę pierścionka. Na ławce przed sklepem siedzą dziadkowie i piją kawę, której zapach przyjemnie drażni nozdrza. Złoceniami i marmurem kusi oddział tureckiego banku, nie opodal swoje biuro otworzyły linie lotnicze Air Bosnia. Wyglądający jak nastoletni chłopcy malezyjscy żołnierze bawią się z dziećmi, fotografują z bośniackimi dziewczynami. Z kamiennego murku nad rzeką Miljacką ktoś łowi ryby. Odgrodzony od klienta szybą szewc naprawia buty. W sarajewskim muzeum trwają prace mające na celu uruchomienie pierwszej po wojnie ekspozycji.


UchodĽcy koczujący w Zenicy

Zbliża się czas uważany na Zachodzie za porę lunchu. Fahrudin Sehić, właściciel restauracji "Una" przy ul. Prote Batkovicia, wypatruje gości sprzed drzwi - oficerowie, żołnierze, pracownicy różnych misji to jego najlepsi klienci - każdy zostawi u niego szeleszczący banknot Bundesbanku, powszechnie używany w Sarajewie środek płatniczy. Dba więc o nich niemal jak o własną rodzinę, którą dzięki nim może utrzymać i spocony, z uśmiechem nalewa wino do kryształowych kieliszków. W pobliskim tanim barze wypełnionym rozgadanym tłumem tubylców, zgodnie z przykazaniami Koranu, żadnego alkoholu nie podają. Ulicą przemyka grupa dziewcząt szczelnie, po muzułmańsku okutanych w chusty. Mijam oddział Norwegów, grupę Turków, Amerykanów, Francuzów - żołnierze SFOR spacerują leniwym krokiem, na ich opalonych karkach dyndają aparaty fotograficzne; w wolnych chwilach zachowują się jak spragnieni egzotycznych wrażeń turyści. Gdyby nie ostentacyjnie noszona przez nich broń, ślady po wybuchach moĄdzierzy na chodniku i okaleczone mury domów, odnieść by można wrażenie, że trwa tu jakieś międzynarodowe święto zbratania narodów.

Teraz jest trudniej

O nadziei głośno nie mówi się w Sarajewie, rany są zbyt świeże i zbyt wiele problemów pozostało do rozwiązania, zbyt wiele narosło nowych. Miasto zmieniło się, większość Chorwatów i Serbów wyniosła się stąd, w ich miejsce przybyli muzułmańscy uchodĄcy z wiosek i miasteczek, które zajęli Serbowie. Nowi przybysze, dotkliwie doświadczeni przez los często pałają chęcią odwetu na swoich prześladowcach, a lokalni, radykalnie nastawieni politycy, których tu również nie brakuje, chętnie korzystają z ich wsparcia. Widać rosnące wpływy muzułmańskie - rywalizują tu między sobą Arabia Saudyjska i Iran. Sarajewo traci swój poprzedni, wielokulturowy charakter. To, co w tym mieście było tak niezwykłe, stało się pierwszą ofiarą tej wojny.


Sarajewo, ulica Marszala Tita

Sarajewianie, ci, którzy przetrwali oblężenie, choć jak zwykle otwarci i gościnni, zachowują wstrzemięĄliwość. Kiedy zaczyna się rozmowa o szansach pokoju, milkną, posępnieją i patrzą gdzieś hen przed siebie. Po tym, co przeszli, trudno im uwierzyć w trwałość pokoju, w sens zmian. Nie wierzą już politykom ani opanowanym przez nich mediom, które nie potrafią sobie poradzić z wyzwaniami rzeczywistości. Wolą działać niż o tym mówić.

Tak jak Boro Kontić, dziennikarz, dyrektor programu medialnego Fundacji Sorosa w Bośni, który zachowując smutny wyraz twarzy oprowadza bez cienia dumy po swoim centrum szkoleniowym. Kontić jest z pochodzenia Czarnogórcem, zna nazwiska Kapuścińskiego oraz Michnika i wyraża się z nostalgią o poziomie przedwojennego jugosłowiańskiego dziennikarstwa.

W salach centrum, w wyposażonym w profesjonalny, nowoczesny sprzęt studiu dziennikarze BBC uczą młodych Bośniaków redagowania tekstów, robienia audycji radiowych i telewizyjnych. Od swojego komputera wstaje młody Serb z Mostaru:

- To ładne miasto - mówi płynną angielszczyzną - było...

Potem opowiada o temacie, nad którym pracuje - historii o pewnym amerykańskim żołnierzu SFOR, który w Pale ucałował flagę Republiki Serbskiej i tam niespodzianie zaskoczył go fotograf, który opublikował jego zdjęcie w "Oslobodjeniu".

Dziennikarskie kursy BBC ukończyło ponad 60 osób, z których wszyscy znaleĄli pracę w lokalnych mediach. Kontić uważa, że nie ma w tym nic niezwykłego.

Duszka Juriszić, także dziennikarka, wróciła niedawno ze stypendium w Stanach Zjednoczonych. W czasie wojny Duszka była prezenterką wiadomości w telewizji bośniackiej; sfrustrowana, wypełniona emocjami, które pewnie dopiero teraz znajdują ujście, wyrzuca z siebie słowa jak karabin.

- W czasie wojny my, dziennikarze, byliśmy wystawieni na ciągłe niebezpieczeństwo. Zachodnia koncepcja obiektywnej reporterki stanowiła w takiej sytuacji głupi żart. Jak mogłam wtedy przeprowadzić wywiad np. z Karadżiciem, przecież by mnie zabito; wszyscy znali moją twarz - mówi. - Chciałabym ten wywiad zrobić teraz, ale to nadal niemożliwe. Gdybym tam pojechała, nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś, kto utracił w wojnie rodzinę, chciałby mnie uderzyć...

- Wtedy rzeczy były prostsze - ciągnie Duszka. - Dziennikarstwo było łatwiejsze. Teraz jest trudniej. Brakuje profesjonalizmu, sprzętu, pieniędzy. Trzeba zmienić system kształcenia dziennikarzy. Nie pozwolić politykom wykorzystywać media dla swoich interesów.

Władze Bośni właśnie zarekwirowały nakład pisma "Polikita", satyrycznego dwutygodnika, który zamieścił karykaturę przedstawiającą symboliczną metamorfozę prezydenta Aliji Izetbegovicia w postać marszałka Jozipa Broz-Tito. Boro Kontić, wspólnie z Mehmedem Haliloviciem, redaktorem naczelnym dziennika "Oslobodjenie" i przewodniczącym Niezależnego Stowarzyszenia Dziennikarzy Republiki Bośni i Hercegowniny, przygotowują protest w tej sprawie.


Sarajewo, tramwaj nad rzeką Miljacką

- Nie ma w Bośni wolnych mediów - mówi Mark Balsiger, młody Szwajcar, dyrektor utworzonej przez OSCE (OBWE), przy pomocy finansowej rządu szwajcarskiego, stacji Free Election Radio Network (FERN). - Dziennikarze nie mogą się oduczyć komentowania.

Radio FERN powstało na czas wyborów parlamentarnych i funkcjonuje do dziś; cykl wyborczy się jeszcze nie skończył - w tym roku 13 i 14 września mają się wreszcie odbyć odkładane z różnych powodów wybory do władz lokalnych. Przez 24 godziny na dobę FERN nadaje wyłącznie programy informacyjne i muzykę. Radiostacja mieści się w podziemiach budynku misji OSCE (OBWE) przy ulicy Bana Obala Kunina w Sarajewie, a z powodu braku łączy pomiędzy serbską a muzułmańską częścią Bośni nagrane przez korespondentów radia taśmy przewożone są samochodem do Sarajewa z Pale. Dyplomaci szwajcarskiej ambasady uważają, że łatwiej jest się porozumieć z Serbami z Banja Luki i Pale niż z Chorwatami z terenu Hercegowiny. W zróżnicowanej etnicznie redakcji magazynu "Slobodna Bosnia", która ma korespondentów w całej Bośni, słyszę podobną opinię.

Borka Rudić, dziennikarka FERN, mówi, że ludzie nie mogli się do radia przyzwyczaić - to był szok - nagle zaczęli otrzymywać kompletne informacje z terenu całej Bośni. Teraz radia słuchają. Balsiger wierzy w sens swojej pracy, której zadaniem jest przywrócić to, co zostało skutecznie zniszczone - komunikację społeczną na terenie całej Bośni.

Jedyne miejsce na Ziemi

Po tym wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatnich lat, trudno jest żyć w Sarajewie i nie być sfrustrowanym z różnych powodów. Ksiądz dr Mato Zovkić, katolicki Chorwat, bliski współpracownik kardynała Vinko Pulicia czuje, że miasto, które kiedyś ukochał, przestało istnieć. Obawia się, że miejsce komunizmu zajmie obecnie islam.

- Teraz o karierze decyduje chodzenie w każdy piątek do meczetu - mówi.

O wizycie Jana Pawła II w Sarajewie opowiada z goryczą:

- Dlaczego uczestniczących w papieskim powitaniu Chorwatów oskarżono o wygrywanie elementów nacjonalistycznych; cóż złego było w zamanifestowaniu swoich korzeni chorwackimi flagami?

Ksiądz Zovkić surowo ocenia bośniackie niezależne media:

- Mają bardzo ograniczone działanie i tylko krytykują, nie proponują nic konstruktywnego, żadnych rozwiązań... Nie współtworzą nadziei.

Uważa, że na początek należałoby wyeliminować ze słownika mediów obraĄliwe wyrazy kwalifikujące, takie jak: czetnicy, ustasze, fundamentaliści...

Nie zamierza jednak Sarajewa opuszczać.

- Moje miejsce jest tutaj - mówi na koniec i brzmi to jak wyznanie wiary.

Mgła schodzi z gór i w Sarajewie świeci słońce. Na tle zielonych wzgórz bieleją wieżyczki minaretów. W kawiarence na skwerku nie opodal cerkwi na obelisku z imieniem wielkiego jugosłowiańskiego pisarza, noblisty Ivo Andricia, zamiast jego popiersia stoi głośnik, z którego dobywają się głośne dĄwięki rocka. Ludzie wystawiają twarze do słońca, piją kawę i wciąż nie wierzą, zastanawiając się, czy przypadkiem spokój nie trwa za długo. Potrzebują nadziei jak roślina wody; przeszli przez piekło i tylko nadzieja może przywrócić ich światu. Międzynarodowa społeczność powinna podtrzymywać tę nadzieję na wszystkie możliwe sposoby.


Tekst powstał w rezultacie wizyty Williama E. Portera, przewodniczącego międzynarodowej organizacji zrzeszającej ludzi mediów - International Communications Forum - i autora w Belgradzie w ramach projektu ICF, mającego na celu pomoc w integracji środowisk dziennikarskich krajów byłej Jugosławii.

fot. Robert Urbański, Jan Piekło

powrót


Partnerzy: Wydawca:
© Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak 2008; e-mail