|
|
Alicja Puchała, Ratownicy ginącej pamięci. Spotkaliśmy ich na początku swojej podróży po pograniczu, po tym, jak opuściliśmy prawosławny klasztor w Jabłecznej i udaliśmy się wzdłuż granicy na południe. To były ich ostatnie dwa dni w Woli Uhruskiej, dokąd przyjechali, by uczyć się zanikającego tradycyjnego śpiewu polskiego i ukraińskiego Polesia oraz by ratować od zarośnięcia i zapomnienia prawosławne cmentarze.
Wraz z pieśniami i niszczejącymi mogiłami ginie pamięć o dawnych mieszkańcach pogranicza, o tym, jak źle obeszła się z nimi historia oraz jak bogata była ich kultura - zwyczaje, sztuka, muzyka i gwara.
Wygnanie Zostali zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron. Najpierw nastąpiła wymiana ludności na mocy umowy zawartej w 1945 roku między polskimi władzami komunistycznymi a rządem USRR. Bug stał się nagle granicą, przez którą "ewakuowano" w obu kierunkach ponad milion Polaków i Ukraińców. Wszystko odbyło się pod czujnym okiem NKWD. W 1947 roku przeprowadzono kolejny etap "rozwiązywania kwestii ukraińskiej" - akcję "Wisła". Do dziś nie zostało wyjaśnione, czy jej głównym celem było rozbicie ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego, czy raczej stworzenie warunków do szybkiej asymilacji Ukraińców i ujednolicenia społeczeństwa. Ponad 140 tysięcy ludzi musiało opuścić swe domy w województwach: lubelskim, rzeszowskim i krakowskim i udać się w nieznanym sobie kierunku. Komunistyczna propaganda dramatycznie uprościła pogmatwane dzieje ziem południowo-wschodnich i na długie lata zaszczepiła w świadomości polskiego społeczeństwa stereotyp "Ukraińca-banderowca", pamięć rzezi Polaków na Wołyniu i nienawiść. Pani Olga Urbańska, 83-letnia mieszkanka Woli Uhruskiej, opiekunka prawosławnego cmentarza w Kobielicach, w rozmowie o dawnych czasach rzadko używa określenia "Ukraińcy", mówi raczej: "prawosławni". Zaznacza, że oni również byli polskimi obywatelami. I nadal są. Opowiada o "tutejszym" języku rozbrzmiewającym wcześniej w miasteczku. Ani to polski, ani ukraiński. Okolice Woli Uhruskiej pozostawały poza zasięgiem działań Ukraińskiej Powstańczej Armii, a jednak jej mieszkańców również postanowiono wywieźć i rozproszyć na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Pani Olga mówi, że oprócz jej rodziny prawie nikt nie został, ale wielu wysiedlonych wracało później "na swoje". Zdarzało się, że ich domy były już zajęte przez Polaków-katolików przybyłych zza Bugu. Cerkwi nie wyburzono, ale ksiądz wyjechał, zabierając ikony i dzwony. Dopiero po 1956 roku reaktywowano parafię w niedalekiej Włodawie. W tym czasie zmarł ojciec pani Olgi. W 1957 roku odbył się tu pierwszy od wielu lat prawosławny pochówek. Pani Olga jest jedną z dwóch prawosławnych mieszkających obecnie w Woli Uhruskiej. Cieszy się, że ktoś bezinteresownie zaopiekował się cmentarzem, którym ona zajmować się nie ma już siły.
Cmentarz, miejsce szczególne Krzysztof mówi o cmentarzach, że są to miejsca silnie nacechowane emocjonalnie, w szczególności - dodaje - opuszczone cmentarze. "Pozbawienie kontaktu z miejscem, gdzie pochowani zostali bliscy, i możliwości dbania o ich mogiły, musi być olbrzymim dramatem" - współczuje wygnańcom. Podczas wcześniejszych wędrówek po Bieszczadach i Roztoczu Krzysztof i jego przyjaciele widzieli wiele zaniedbanych cmentarzy. Pomyśleli, że coś trzeba zrobić. Mając świadomość skali zjawiska, wiedzieli, że sami sobie nie poradzą. Swoje działania postanowili skierować na aktywizację społeczności i instytucji, którym może lub powinno na ratowaniu niszczejących cmentarzy zależeć. Krzysztof Gorczyca wymienia: władze samorządowe, gminy, starostwa powiatowe - silnie propagujące rozwój turystyki w tych rejonach, organizacje turystyczne, artystyczne, związane z ochroną zabytków, z kulturą, działające na rzecz wielokulturowości tych terenów, ochrony krajobrazu. Zainteresowane powinny być również środowiska kościelne: prawosławne i greckokatolickie - z oczywistego powodu, ale też wiele parafii katolickich, które przejęły cerkwie prawosławne i unickie na tych terenach. Przekształciły je we własne świątynie, ale zapomniały o znajdujących się tuż obok cmentarzach tych, którzy modlili się tu wcześniej. W działania mogliby też włączyć się zarówno obecni, jak i byli mieszkańcy tych okolic. "Może przy tej okazji mieliby okazję się poznać i podać sobie ręce, nie zważając na różne historyczne procesy. I po sześćdziesięciu latach zrobić coś razem dla tego miejsca" - kończy wyliczanie Krzysztof. Zaangażowani w projekt mają nadzieję, że oprócz uratowania kilku konkretnych cmentarzy, uporządkowania i odtworzenia nagrobków, uda im się zainspirować następnych, stworzyć warunki, by zaczął się ruch. Kim są Większość z uczestników projektu wcześniej się nie znała. Przyjechali z różnych stron Polski i ze Lwowa. Są wśród nich studenci etnologii, dziennikarze, ekolodzy, entuzjaści śpiewu tradycyjnego i nadbużańskiej przyrody. Krzysiek jest studentem kulturoznawstwa (specjalizacja: folklorystyka) w Lublinie. Gra na suce biłgorajskiej - instrumencie, który kiedyś "wyginął". Zrekonstruował go jego ojciec, korzystając z naukowych rozpraw naukowych i szkiców. Wygląda podobnie do skrzypiec, tylko ma okrągły brzuszek tam, gdzie skrzypce są płaskie. Inna też jest technika grania, a dźwięk, który się wydobywa, wydaje się niższy i głębszy. Gdy Krzysiek gra "Pykaną", wszyscy choćby przytupują, bo spokojnie usiedzieć się nie da. Marta, Łemkini, jest studentką kulturoznawstwa w Lublinie. Pisze pracę magisterską o pogrzebach u Łemków. Pochodzi z Krynicy. Co roku jeździ z ojcem na festiwal łemkowski "Watra", który swoje początki zawdzięcza jej rodzicom. Ma donośny głos. Śpiewa całą sobą. Magda, doktorantka etnologii UJ, współzakładała naukowe Koło Wschodnie. Dawniej bała się pisać o cmentarzach i zagłębiać w temat śmierci. Teraz mówi o jednej z pieśni, których się uczyli: "Na cmentarzu mieszkać będę", i o tym, że śmierć można oswoić. Myśli o zmianie tematu pracy doktorskiej. Michał, nazywany przez wszystkich "Miszką", przyjechał z plikiem ulotek Stowarzyszenia Ekologiczno-Społecznego "Zielona Swoboda" z Michowa. Na co dzień zajmuje się walką o ochronę lasów i rzeki Wieprz, której tzw. udrażnianie przeprowadza się pod pretekstem zagrożenia powodziowego. Urzędnicy pozostają nieugięci, a rzeka jest niszczona, giną pstrągi. Ekolodzy i naukowcy uważają, że obróci się to przeciwko człowiekowi. Dzwinka, Ukrainka z Kijowa, studiuje literaturę w Lublinie. Pisze, wydała książkę. Pięknie śpiewa, z tradycyjnymi technikami styka się nie po raz pierwszy - Magda mówi o niej "Dzwoneczek". I słusznie. To tylko kilku z uczestników. Każdy kryje w sobie jakąś ciekawą historię.
Wyciągnąć temat z krzaków Spotkanie w Woli Uhruskiej to przeszłość, ale grupa chce pracować dalej. Kolejna sesja warsztatowa odbyła się w listopadzie, w Lublinie. Zaproszono wiejskie śpiewaczki z Ukrainy i zespoły, które uczą się bezpośrednio od wiejskich mistrzów. W tym roku ma powstać portal internetowy, nad którego nazwą i zawartością toczą się burzliwe dyskusje. Co ważne, zawierać on będzie dokładną dokumentację każdego objętego działaniami cmentarza: fotografie i dokładne opisy nagrobków, które być może osobom wywiezionym w dzieciństwie na tzw. Ziemie Odzyskane pomogą odnaleźć groby dziadków czy rodziców. Kontynuowane będą prace porządkowe, a także kamieniarskie i rekonstrukcyjne. Planowany jest również cykl działań promocyjnych: konferencja z udziałem instytucji samorządowych, organizacji turystycznych i wszystkich innych, których temat ten może zainteresować, a także wystawa, która w polskiej i ukraińskiej wersji będzie jeździła po różnych miastach pogranicza i pokazywała cmentarze oraz podjęte na ich rzecz działania. "Z nadzieją, że to kogoś zainspiruje i wyciągnie ten temat z krzaków" - dodaje Krzysztof. My również opuściliśmy Wolę Uhruską. Wspominając ciepło poprzedni wieczór spędzony w towarzystwie rozśpiewanych młodych ludzi i nie mniej rozśpiewanej 83-letniej pani Olgi, opiekującej się prawosławnym cmentarzem w Kobylicach, udaliśmy się w dalszą drogę. Jechaliśmy - choć tego nie planowaliśmy - szlakiem starych cmentarzy, przydrożnych krzyży, opuszczonych cerkwi i zdziczałych już gruszy rosnących na leśnych polanach, ostatnich świadectw o dawnych mieszkańcach. Czasem spotykaliśmy też starych ludzi, w których wspomnieniach wciąż żywe są obchodzone wspólnie i podwójnie Święta Bożego Narodzenia oraz późniejsza wojenna i powojenna zawierucha. Nie mają komu opowiadać o minionych czasach. Młodzi wyjeżdżają do miasta uczyć się i nie wracają. Bo do czego? Ci ludzie, którzy pamiętają, starzeją się i odchodzą. Giną też zaniedbane cmentarze i cerkwie. A wraz z nimi prawda o tym, co było. źródło: Miesięcznik ZNAK, marzec 2006, nr 610; Miesięcznik ZNAK
|