»Wprowadzenie

Na skrzyżowaniu kultur




Anna Madeyska, To naprawdę była przyjaźń.

O swoim niezwykłym doświadczeniu dialogu katolicko - muzułmańskiego opowiadają AGNIESZKA MAŁECKA - PETIT* oraz FRÉDÉRIC PETIT*.

Anna Madeyska: Jakie były początki Waszego muzułmańsko – katolickiego doświadczenia we Francji?

Frédéric Petit [FP]: Zaczęło się to w 1984 r., jeszcze przed moim spotkaniem z Agnieszką, kiedy kierowałem Centre Social w jednej z dzielnic Metzu. Miałem wtedy dużo kontaktów z muzułmanami – nie dlatego, że to byli muzułmanie, ale dlatego, że w tych dzielnicach mieszkało wielu imigrantów. Centre Social to ogólnofrancuskie stowarzyszenie działające od wielu lat, powołane do lokalnej opieki społecznej [odpowiednik Miejskich Ośrodków Pomocy Społecznej - AMP]. Byłem przez 11 lat dyrektorem domu będącego własnością Centrum. Największym problemem była tam trudna młodzież. Zawsze próbowałem wciągać ludzi do pomocy, zatem dość szybko zacząłem spotykać się z ojcami rodzin muzułmańskich, takich, których na ogół nie widać, bo nie mają specjalnych problemów i żyją spokojnie. Spotykali się ze mną coraz częściej, a to był czas, kiedy zaczynał się medialny szum wokół tych dzielnic. Byli dla mnie poważnym partnerem, w wielu sytuacjach można było na nich liczyć. Nie chodziło w tym wszystkim o różnice religii, o sprawy wiary.


Przełom nastąpił, kiedy zwrócili się do mnie przed Ramadanem. Potrzebowali dużej sali przez cały okres Ramadanu, od 11-tej wieczorem do 2-giej rano. To się ledwie mieściło w granicach ustawy, na podstawie której działałem – bo Francja jest laickim państwem, ale to przecież byli ludzie, którzy angażowali się w tę działalność, pomagali innym – więc się zgodziłem. Codziennie przez kilka tygodni dozorca przychodził o 23-ciej wieczorem i otwierał dla nich dom. Było to dla nas dużym wyzwaniem, co muzułmanie potrafili docenić i uszanować.

Potem poprosili o pomieszczenie na swoje cotygodniowe dyżury, żeby mieć możliwość spotkań i rozmów o sprawach rodzinnych. Od spotkania do spotkania zaczęły się też i nasze rozmowy, najpierw grzecznościowe, potem również na tematy religijne. To pogłebiało wzajemny szacunek.

Kiedy odszedłem z tej pracy i założyłem rodzinę, nasze relacje się rozluźniły, również dlatego, że w tym czasie owa wspólnota muzułmańska kończyła budować meczet. Nie było już z ich strony takiej potrzeby, żeby korzystać z budynku Centrum.

Bardzo byłem więc zaskoczony, gdy w roku 1996 przyszła do mnie delegacja tej wspólnoty. Sytuacja wokół nich bardzo się pogorszyła. Właśnie wtedy zaczęła się ta nowa, głupia przemoc w dzielnicach imigrantów. Ona tam zawsze była, ale zwykle jakoś logicznie umotywowana - rodzaj formy przetrwania. Ale wtedy zacząło się dziać coś gorszego, brutalna przemoc, która pojawia nawet wtedy, gdy nie ma żadnego konfliktu, jak w przypadku tego żydowskiego chłopca, zamordowanego ostatnio. Zaczynało się to właśnie wtedy. Nasi znajomi muzułmanie powiedzieli wówczas: sama tolerancja nie wystarczy, musimy się spotykać i rozmawiać ze sobą.

Agnieszka Małecka – Petit [AP]: Chcieli nas lepiej poznać i zrozumieć – i sami chcieli być zrozumiani. Bali się, żeby ich francuskie otoczenie nie patrzyło na nich przez pryzmat doniesień o aktach przemocy.

FP: To, że Agnieszka i ja nie byliśmy już zaangażowani w te sprawy zawodowo, tylko występowaliśmy z pozycji zwykłych katolików, ludzi wierzących, bardzo nam wtedy pomogło.

AP: Na początku chyba nie myśleliśmy o tym, że będziemy się spotykać jako rodziny. To jakoś wyszło samo. Kiedy zbudowali meczet, znaleźli sobie imama. I wtedy poczuli, że mają godnego przedstawiciela do poważnych rozmów.

FP: Założenia były skromne: wspólne spotkania, podczas których imam i proboszcz mieli prowadzić wykłady o fundamentach religii. Próbowaliśmy to przekształcić w prawdziwą wymianę.

A czy mieliście takiego księdza, który by chciał się w to angażować?

AP: Nie bez problemu, ale znaleźliśmy go, z klucza diecezjalnego. Mieszkał w tej trudnej dzielnicy i był przygotowany do dialogu z islamem. Ale też na stopie prywatnej okazało się, że bardzo chętnie się w to włączył.

FP: Te spotkania powiodły się dlatego, że i ksiądz, i imam bardzo dobrze znali religię partnera i zawsze byli doskonale przygotowani. Nie było przemówień, tylko dyskusje, dialog i coraz cieplejsze zaproszenia.

AP: Zaczęło się jednak bardzo oficjalnie. Kiedy owi panowie przyszli pierwszy raz do nas do domu, obeszli mnie z daleka. Wyczułam, że będzie lepiej, jeśli pójdę robić herbatę. Potem się okazało, że przynieśli swoje ciasteczka w obawie, że w naszych może być tłuszcz wieprzowy, którego oni nie jedzą.
Pierwsze kontakty były bardzo niezręczne. Przecież kobieta nie może dotknąć mężczyzny, więc podanie przez nią ręki jest wielkim nietaktem. A jeszcze gorzej, jeśli panowie próbują podać rękę dziewczynie muzułmańskiej albo ją pocałować - a młodzi Francuzi tak się właśnie witają, całują się na wszystkie strony...
Dowiadywałam się różnych rzeczy w biegu – np. że nie mogę ich zaprosić na kolację, bo nie zjedzą mięsa z supermarketu. Mają swoje specjalne rzeźnie i właściwie poza herbatą wszystko może być podejrzane.

FP: Ale w końcu po paru latach imam powiedział nam, ujawnił – można powiedzieć, że w Koranie jest fragment, który mówi, że dobry muzułmanin w gościnie przyjmuje obyczaj gospodarzy i je wszystko, co mu się poda…

AP: Jednak potrzebna była długa ewolucja, zanim to się przełamało. Powoli, stopniowo zaczęły się otwierać różne tematy. Z ich strony - dzięki Szafikowi, imamowi, który był wręcz rewolucyjny, a przy tym miał autorytet, więc wszyscy go słuchali. Zaczął w te spotkania wciągać młode dziewczyny, studentki, licealistki.
Z naszej strony natomiast zaczęły się pojawiać rodziny, nie tylko ludzie, którzy intelektualnie interesowali się islamem, czy chrześcijanie czujący jakieś powołanie do takiego dialogu, ale zwykłe rodziny, które w zupełnie naturalny sposób od takich oficjalnych posiedzeń przeszły do spotkań towarzyskich.
Zaczęliśmy się zapraszać wzajemnie na obiady, na wycieczki, na wspólne zabawy dzieci, zabieraliśmy dzieci naszych muzułmańskich przyjaciół na basen, gdyż dorośli nie mogli chodzić na taki koedukacyjny basen. Wydaje mi się, że nie wydarzyło by się to wszystko, gdyby nie przyjaźń między rodzinami. Bo to naprawdę była przyjaźń.

Z tego pierwszego, trudnego okresu weszliśmy w fazę przejściową. Kiedy się spotykaliśmy u kogoś w domu wiadomo było, że kobiety usiądą w jednym pokoju, a panowie w drugim. Ja protestowałam, mówiłam, że mnie panowie też interesują. Szafik przyjmował te prowokacje i stopniowo dochodziło coraz częściej do spotkań w jednym pokoju, z tym, że panowie mieli swój stół, a kobiety swój. Tłumaczyli, że skoro się je z jednego talerza rękami, to nie sposób uniknąć bezpośredniego kontaktu. Wciąż podkreślali, że należy ściśle przestrzegać zasad: nie może być dotyku, wymiany spojrzenia, w zasadzie lepiej też unikać bezpośredniej konwersacji, w każdym razie nie na każdy temat. W tym etapie przejściowym oswajaliśmy się ze sobą, przekonywali do siebie nawzajem.

FP: Intelektualna precyzja była wtedy bardzo ważna. Były to sztywne rozmowy, ale to one umożliwiły wyrażanie emocji i w rezultacie wzajemne zrozumienie.

AP: A w końcu doszliśmy do tego, że spędzaliśmy wspólnie wieczory przy jednym stole, z gitarą i śpiewem, z żartami...

A właściwie co Ty studiowałaś?

AP: Iranistykę, na UJ, a później w Paryżu.

Ano, właśnie...

AP: Ale powiedzmy, że kontakt z islamem jako religią i z muzułmanami był wtedy żaden. Jakąś jednak wiedzę oczywiście miałam.

PóĽniej studiowałaś także teologię katolicką?

AP: Tak. Dla nich było rzeczą dosyć oryginalną, że baba może się mądrzyć. To zachęciło dziewczyny z ich strony, które rzeczywiście bardzo aktywnie się włączyły, poczuliśmy z nimi przyjacielską więź.
Istotą tej grupy była chęć bycia razem. Traktowaliśmy to jako rodzaj relacji sąsiedzkiej. Sąsiadów się nie wybiera - albo się ich ignoruje, albo zostajemy przyjaciółmi. Nie była to szczególna potrzeba ducha, żeby szukać akurat muzułmanów, ale kiedy się pojawili w pobliżu, uznaliśmy, że to są właśnie sąsiedzi, których trzeba przyjąć - i rzeczywiście coś wielkiego wtedy się wydarzyło. Gdzieś tam zakiełkowała między nami miłość.

FP: Kilka razy rozmawialiśmy między sobą, że czujemy się mniejszością wierzących. Bo we Francji – wiadomo – niewielu tradycyjnych katolików chodzi do kościoła, wiara jest szara albo niewidzialna. Trudno powiedzieć, że jej nie ma, ale jest bardzo dyskretna, marginalna. Widać wyraźnie, że materializm zwycięża. Wobec takiego świata zawsze czułem opór, podobnie jak muzułmanie.

AP: Ważnym dla nich odkryciem było, kiedy zrozumieli, że Francuzi i katolicy to nie jest to samo. Za obraz katolicyzmu uważali przedtem społeczeństwo ludzi, którzy spędzają życie na oglądaniu telewizji, jedzeniu hamburgerów i oglądaniu głupich seriali. Stało się dla nas oczywiste, że kiedy wiele lat wcześniej wytykali Fryderykowi, że przecież nie ma postu w katolicyzmie, oznaczało to, że tak właśnie postrzegali nasze życie religijne. Dopiero poprzez kontakt z nami doszli, że to jest bardzo zróżnicowane społeczeństwo, w którym przeważnie spotyka się postawy materialistyczne, ale również nietypowe osoby, które wierzą, chodzą do kościoła i z którymi można mieć wiele wspólnych tematów , a także podobne pragnienia jeśli chodzi o wychowanie dzieci i rodzinę. Spotkaliśmy się zatem jako ludzie wierzący w morzu materializmu.

FP: Zobaczyliśmy ważną cechę islamu: muzułmanin wierzy, gdy okazuje swoją wiarę w rytuale. Islam we Francji doświadczył faktu, że można wierzyć i tego nie objawiać, i że nie stanowi to dla niego zagrożenia.

Zatem w tradycyjnej społeczności muzułmańskiej nie można nie okazywać wiary na zewnątrz?

FP: To jest sprawa ontologii. Jeśli nie okazujesz – to znaczy, że twojej wiary nie ma. Jeśli wierzysz –zademonstrujesz to. Taki gest ma moc. Stąd wszystkie zakazy i reguły życia są tak ważne. Nie sygnalizują przeżyć duchowych, ale zaświadczają o tym, co jest. Moja wiara – to gest. Rzecz dla nas bardzo trudna do zrozumienia.

Ale czy to sprawa ontologii, czy rodzaju duchowości, która musi być wcielona, czytelna dla społeczności?

AP: Pamiętam, że Szafik miał z tym problem i wciąż wracał do pytania: jakie jest wasze chrześcijańskie optimum wiary. Nie rozumieliśmy – co znaczy to optimum. A w rzeczywistości chodziło mu o minimum. Jakie jest niezbędne minimum, żeby móc się zaliczyć do wspólnoty wierzących? W islamie jest to jasno powiedziane: trzeba wyznawać Allacha i wierzyć w Proroka, przestrzegać Ramadanu, modlić się pięć razy dziennie, odbyć pielgrzymkę do Mekki i dawać jałmużnę. To są jasne i klarowne wskazania.

FP: Jeśli przestrzegasz tych pięciu filarów wiary – jesteś muzułmaninem.

A jeśli ktoś przestrzega trzech zamiast pięciu, to co?

FP: Nie jest nim w pełni. Ale to działa też w przeciwna stronę, co było dla nas zaskoczeniem: ktokolwiek tych zasad przestrzega, bez względu na intencje, jest muzułmaninem w pełni.

AP: Szafik mówił o optimum, które należy rozumieć jako pewien widzialny wyznacznik przynależności do wspólnoty. Nie byłabym jednak pewna, czy nie ma w tym wymiaru duchowego, różnych stopni doskonałości; przeciwnie – jestem przekonana, że to istnieje.

Ale powyżej tych pięciu filarów, nie poniżej?

AP: Oczywiście!
Ciekawe, jak długo docierali do zrozumienia, że w chrześcijaństwie kładzie się nacisk przede wszystkim na wewnętrzny kontakt z Bogiem, że kwestia sumienia, wolności i miłości jest tak złożona. I że przynależność chrześcijańska ma wymiar o wiele bardziej osobisty. Było to dla nich trudne, ale myślę, że istotne.

Okazuje się, że próba zrozumienia islamu jest trudna, bo nawyk myślenia abstrakcyjnego tkwi w nas bardzo głęboko.

FP: Zorganizowaliśmy kiedyś spotkanie poświęcone Bożemu Narodzeniu. Opowiadaliśmy, czym są te Święta, dlaczego dajemy dzieciom prezenty... Zabrzmiało to lirycznie: święto narodzenia, wcielenia, dziecięctwa... Kochamy się, atmosfera jest rodzinna, dzieci dostają prezenty na znak miłości. Wtedy któryś z muzułmanów się żachnął: czegoś tu nie rozumiem! Przecież to piękne święto, jedno z największych waszych świąt – dlaczego właśnie wtedy kłamiecie? Wszyscy pobledli. A on ciągnął: po co ten św. Mikołaj, dlaczego mówicie dzieciom, że nie od was są te prezenty? Dla niego było kłamstwem nie powiedzieć dziecku, że daję mu przezent. Zabrzmiało to bardzo ostro.

AP: Skończyło się to dłuższą dyskusją, czym jest kłamstwo. To zderzenie miało głębszy sens, bo pokazało, jak ważny jest dla nas wymiar baśni, z całym jej dobrodziejskim wpływem na psychikę. Baśń opowiada o prawdziwych doświadczeniach poprzez zmyślone okoliczności. Czy to jest więc kłamstwo, czy nie? Czyż nie przekazuje się dzieciom czegoś ważnego przy pomocy takiego medium?

FP: Islam jest bardzo dosłowny.

AP: Wynika to ze specyfiki odczytywania Koranu, w którym nie dopuszcza się interpretacji, egzegezy.

Myślę, że to było doświadczenie ważne również jako forma pogłębienia Waszej wiary - stanęliście oboje wobec konieczności określenia, jakie są Wasze własne fundamenty...

FP: Powiem teraz coś osobistego. Tak jak powiedziałaś – to było doświadczenie pogłębienia naszej wiary, mojej wiary. Nie wiem, jak Kościół by to traktował, ale muszę powiedzieć, że jestem bliski wiary, że Archanioł naprawdę przemówił do Mahometa. Bóg nie dokonuje wyboru ekskluzywnego, rozumiesz, o co mi chodzi. Tak serdecznie byłem związany z Szafikiem, który tłumaczył nam, kim był Mahomet, tak dużo czytałem o islamie, w tym fachową literaturę katolicką na ten temat... Nie jest mi trudniej uwierzyć w to, niż w podstawy dogmatyki Kościoła. Po fazie uczuciowej przyszła faza duchowa, ale i w niej obecny jest ten dylemat.

Można z pewną dozą ostrożności powiedzieć, że doktryna o tym, że zbawienie przychodzi wyłącznie przez Kościół narobiła Kościołowi poważnych szkód… Myślę o perspektywie historycznej, nie teologicznej.

FP: Doświadczaliśmy tych wątpliwości, zwłaszcza kiedy w naszym środowisku wydarzył się dramat. W czasie, gdy byliśmy na Litwie, Szafik umarł.

AP: Zmarł śmiercią tragiczną, w niewyjaśnionych okolicznościach, w wypadku samochodowym…

FP: Przejmująca była taka myśl: o ile wierzę w życie wieczne, wiem, że go spotkamy. Że czeka na nas.

AP: Wiele z nim mówiliśmy o życiu po śmierci…

FP: Tak, dużo rozmawialiśmy z nim na ten temat.

AP: Przekomarzaliśmy się, jak to będzie w niebie, jak my się tam pomieścimy, czy będziemy w osobnych przedziałach, czy razem. I rzeczywiście, śmierć Szafika stała się niezwykłym doświadczeniem, bo nagle, paradoksalnie, zyskaliśmy poczucie, że jesteśmy jeszcze bliżej siebie: przez to, że odszedł, bariera innej religii upadła.
Ale zanim odszedł, nasza przyjaźń pogłębiła się o jeszcze jeden wymiar. Otóż w okresie, kiedy nasza grupa nabierała rozpędu i intensywnie przeżywaliśmy nasze spotkania, żona naszego imama była w ciąży. I właśnie w trakcie jednego z takich spotkań, Szafik otrzymał wiadomość, że musi natychmiast jechać do szpitala. Ale on koniecznie chciał jeszcze zakończyć rozpoczęty temat. Dosłownie siłą go wypychaliśmy - no i zdążył. Towarzyszyliśmy im z bliska w radości narodzin ich pierwszej córeczki. Właśnie wtedy odkryłam, jak wiele możemy się od siebie nauczyć. Szafik był niezwykłym ojcem – postępowym wbrew temu, co można by sobie wyobrażać. Zajmował się swoją córką „jak matka” – umiał zrobić wszystko (poza karmieniem piersią, jak mawiał), poświęcał jej bardzo wiele czasu, bawił się z nią w sposób, który nas chwilami zaskakiwał: robił tej malutkiej istotce intensywną gimnastykę, stymulował ruchowo, podrzucał, turlał i przemawiał do niej nieustannie z taką czułością i radością, że wszystkich wkoło ogarniał entuzjazm.
Podobny styl opieki i zabawy z całkiem małymi niemowlętami odkryłam później na Litwie, kiedy urodziła się nasza młodsza córka. Wtedy właśnie stało się jasne, że mimo naszego wyjazdu z Francji (a może właśnie dzięki niemu), nasza więź przekroczyła poziom dyskusyjny i towarzyski, że jest przede wszystkim więzią duchową. Spontanicznie poprosiliśmy Szafika o szczególną opiekę duchową nad naszą córką, zapewniając go jednocześnie o naszych modlitwach za jego dzieci. Myślę, że gdybyśmy byli tego samego wyznania, właśnie on byłby jej ojcem chrzestnym.

FP: Zaprosiliśmy go na chrzciny i ku naszej radości przyjął to zaproszenie. To był zresztą ostatni raz, kiedy go widzieliśmy.

AP: Snuliśmy wiele planów, jak choćby wspólna pielgrzymka do Jerozolimy, ale najistotniejszym wątkiem było wzajemne czuwanie modlitewne nad naszymi dziećmi i wychowywanie ich w duchu pokoju i przyjaźni (trzeba tu dodać, że to właśnie dzieci uczyły nas naturalności i otwartości we wzajemnych kontaktach).
Kiedy wyjechaliśmy z Francji, właśnie ta modlitewna więĽ stała się najważniejsza. Wierzyłam głęboko, że Szafik niesie w sobie olbrzymie pokłady miłości, dobra, i że jest bardzo blisko Pana Boga. A nawet Pana Jezusa. Kiedy umarł, parę miesięcy po urodzeniu się naszej córki, pomyślałam, że jego duchowa opieka nad nią może być o wiele pełniejsza. Oczywiście to wielka tajemnica. Szafik mawiał: „Zobaczymy, jak to naprawdę jest, kiedy się tam spotkamy”. On już chyba wie…

FP: Chciałem dodać - choć może to być szokujące – że nigdy nie czuliśmy zagrożenia dla chrześcijaństwa naszej córki, nigdy nie wyobrażaliśmy sobie, że ta opieka duchowa, mogłaby być użyta do tego, by ją nawrócić na islam. Było dla nas jasne, że Szafik szanuje nas w naszej wierze, tak jak my go szanujemy. I jeżeli wówczas jego opieka miała duchowy sens, to teraz jest on jeszcze większy.

Może tę myśl należałoby rozwijać – żeby ludzie wchodzili ze sobą w tego rodzaju więzi, żeby powierzali sobie nawzajem duchową opiekę nad swoimi dziećmi. Na chrzcie mojej córki dwóch naszych przyjaciół, Żydów, śpiewało psalm po hebrajsku… Dla nich również oznaczało to rodzaj duchowego zobowiązania wobec niej.

AP: Ale to możliwe jest tylko w wymiarze interpersonalnym, nie da się takiej idei upowszechniać inaczej…

FP: Nie mówiliśmy o tym, co nas do takiej postawy doprowadziło – o modlitwie. W naszej grupie często modliliśmy się razem. To było naprawdę ważne.

AP: Ale nie odbywało się to na hurra – każdy po swojemu. Były jednak takie momenty, kiedy nasza modlitwa była wspólna. Oni modlili się swoimi słowami, my w tym momencie słuchaliśmy w milczeniu, potem my odmawialiśmy modlitwę – jednak wiadomo było, że jesteśmy razem i że chodzi nam o to samo.
Wydarzeniem ważnym - a nawet kluczowym, jeśli chodzi o wymiar publiczny - była modlitwa o pokój, którą zorganizowaliśmy wspólnie w czasie wojny w Kosowie. To było w maju 1999 r. Pracowałam wtedy w szkole, uczyłam religii. Szafik często przychodził do mnie na lekcje – dla uczniów była to wielka atrakcja, bo był bardzo dowcipny i umiał wokół siebie robić spektakl… Razem z uczniami, z muzułmanami, w najbliższej parafii przy szkole, przy współpracy parafii protestanckiej z sąsiedztwa, z którą był to chyba nasz pierwszy kontakt – zorganizowaliśmy tę modlitwę. W kościele, otwartym dla parafii i dla szkoły, postawiliśmy wielki świecznik, który przypominal trochę drzewo. Przyszli uczniowie i parafianie, czytaliśmy psalmy i suraty, ewangelię, a nawet deklarację praw człowieka. To była wielka chwila, kiedy modliliśmy się razem - chrześcijanie i muzułmanie - o pokój.

FP: Innym razem zaprosiliśmy biskupa…

AP: Ach, tak! Zorganizowaliśmy wizytę biskupa w meczecie, co było bardzo piękne. Biskup się zmobilizował, przygotował, miał nawet eleganckie fioletowe skarpetki, bo wiedział, że trzeba będzie zdjąć obuwie… Byli jacyś zastępcy mera, władze lokalne. Chodziło o to, żeby biskupowi i urzędnikom przedstawić oficjalnie naszą grupę i to, co robimy.

FP: Biskup apelował wtedy, żeby od tego doświadczenia przejść do czegoś większego, stworzyć strukturę diecezjalną. Ale my, razem z proboszczem i imamem odpowiadaliśmy, że możemy tylko dawać świadectwo tego, co stało się między nami, ale nie możemy tego poszerzyć. Każda droga powinna mieć wymiar osobisty. Niechby inni zrobili to samo w innym miejscu. Wiem, że były póĽniej rozmaite próby, powstawały inne grupy, ale miały odmienne doświadczenie i historię – i bardzo dobrze. Takich rzeczy się nie da powielać.

Czy utrzymujecie teraz jakieś kontakty z Waszymi przyjaciółmi? Szafik umarł, kiedy mieszkaliście już na Litwie… Czy mimo to Wasze duszpasterstwo nadal funkcjonuje?

AP: Grupa się jeszcze potem spotykała. Wiem jednak, że z następnym imamem były już jakieś problemy, bo był młodszy, mniej otwarty i chyba bardziej się wszystkiego bał…

FP: Nasze odejście też miało wpływ na osłabienie więzi.

AP: Ale pozostało wiele kontaktów. Byliśmy niedawno u zaprzyjaźnionej rodziny muzułmańskiej. Czy znacie też francuskie rodziny, które podtrzymują tę więź?

AP: To wciąż trwa – przyjaźnie, spotkania. Ale śmieć Szafika i nasz wyjazd na pewno osłabiły grupę…
Spotkaliśmy się z nimi w konkretnym punkcie, w którym byliśmy jednomyślni – najważniejsze, żeby utrzymać wartości, żeby miłość pozostała w rodzinie, żeby dzieci czuły się bezpiecznie. Tu nigdy nie było między nami problemów, rozumieliśmy się świetnie.
W pewnym momencie fakt, że reprezentujemy inne religie stał się mniej ważny niż to, że mamy podobny stosunek do Boga i że nasza wiara podobnie przejawia się w życiu. Ta wiara w jej konkretnych przejawach - w miłosierdziu, miłości – jest taka sama. Rytuały, język modlitwy, nawet sposób podejścia do zasad, nie miały aż takiego znaczenia. To niezwykłe ale odkryłam niedawno, że podobnie widział to C.S. Lewis, który już ponad pięćdziesiąt lat temu pisał w „Listach do nieznajomej”: „w obecnej sytuacji, gdy chrześcijaństwo jest podzielone, ludzie głębokiej wiary, znajdujący się w sercu każdego z jego odłamów, są sobie bliżsi od tych, którzy znaleźli się na ich marginesie.[…] O ile więcej mamy wspólnego zprawdziwymi Żydami czy muzułmanami niż z kiepską zachodnią odmianą liberalnych wyznawców tych religii”.

Wyznam, że początkowo przeżywałam poważną trudność, wręcz pewnego rodzaju cierpienie. Widziałam Szafika, wspaniałego człowieka, przepełnionego miłością i dobrocią – ale on nie wyznawał Chrystusa jako Zbawiciela. Ta myśl naprawdę wiązała się z cierpieniem: że jest ktoś tak mi bliski, ale w Chrystusie się nie spotykamy. Teraz, z perspektywy tych paru lat, z perspektywy życia pozaziemskiego Szafika, jestem przekonana, że on był w Chrystusie.

Bardzo Wam dziękuję za rozmowę.
rozmawiała Anna Madeyska, redakcja Forum "Żydzi - Chrześcijanie - Muzułmanie"


*Frederic Petit urodził się w Marsylii (1961), pedagog, inżynier ochrony środowiska. Do 2000 r. pracował we Francji, najpierw jako dyrektor organizacji pozarządowych, potem jako energetyk. W latach 2000 – 2003 – dyrektor spółki energetycznej w Wilnie, od 2005 roku mieszka w Krakowie.

*Agnieszka Małecka – Petit studiowała orientalistykę na UJ i na Sorbonie, oraz teologię na uniwersytecie w Metzu. Pracowała jako nauczycielka religii i etyki w Metzu i w Wilnie. Aktualnie zajmuje się tłumaczeniami literatury teologicznej.

Są małżeństwem od 16 lat, mają 2 córki. Mieszkają w Krakowie. Kochają polskie góry i litewskie jeziora. Grają razem na fletach. Śpiewają w dominikańskiej scholi i w domu, z gitarą i przyjaciółmi. Czytają Pismo św. i modlą się z sąsiadami. Są rodziną dwujęzyczną.

powrót


Partnerzy: Wydawca: