Stefan Wilkanowicz, Sarajewo, niedziela po południu.
 Stefan Wilkanowicz |
|
O drugiej po południu M. pojawia się zgodnie z umową. Poznałem go zamawiając rozmowę przez centralę telefoniczną. Podałem numer, po paru minutach oddzwonił i powiedział: "niestety, nie zgłasza się". Wychodząc na miasto zagadnąłem go. Odpowiedział dobrą polszczyzną. Okazało się, że spędził w Polsce 17 lat. Dziadek pochodził spod Krakowa, wyemigrował do Bośni. Ojciec w czasie II wojny walczył w oddziale ustaszów, po zwycięstwie Tity został skazany na śmierć. Matka z synkiem wyjechała do Polski. Miał wtedy 4 lata. Wrócili po amnestii.
Wsiadamy do jego samochodu - 25-letni "garbus", ale wygląda jak nowy. Kupił go za 400 marek (tu wszystkie ceny są w markach - śliwki na straganie 1 DM za kg, gruszki 4 DM). Ma emeryturę - 130 DM, zarabia 300. Jedzie z nami "niedotykalny" hinduski jezuita, który przedwczoraj miał bardzo ciekawy odczyt o mniejszości Dalitów w stanie Tamil Nadu i systemie kastowym w Indiach. Wieziemy go do jezuitów na przedmieściu Sarajewa. Niełatwo ich znaleźć, bo ich parafialna kaplica mieści się w niezbyt wielkim domu i tylko krzyż na ścianie jest znakiem rozpoznawczym. Ściana osmalona, dziura prowizorycznie zatkana jakąś płytą. Przed kilkoma dniami ktoś tu podłożył bombę, podobnie jak pod dwa inne katolickie kościoły. Jeden z nich odległy o 50 metrów od posterunku policji.
Wchodzimy, witamy się z kilkoma jezuitami z różnych krajów. To międzynarodowa ekipa, prowadzą tu parafię i Caritas - m.in. wydają paręset obiadów dziennie. W tej dzielnicy mieszka wielu uchodĄców, którzy prawie wszystko stracili.
Młody człowiek odzywa się do mnie po polsku - Czech, studiował filozofię u jezuitów w Krakowie. Po chwili drzwi się otwierają i widać kilkoro młodych Japończyków. Nasz Hindus wychodzi do nich, wita się serdecznie. Spotkał ich w samolocie do Sarajewa - to ochotnicy, którzy przyjechali tu pomagać, roznoszą obiady chorym i inwalidom. Przybyli tu w ramach Jesuit Refugee Service, ale właściwie nie wiedzą, co to za organizacja.
Rozmowa nie może się rozwinąć, bo pojawiają się nowi goście - dwóch ludzi w mundurach SFOR. Jeden to francuski generał, dowodzi oddziałami Legii Cudzoziemskiej. Drugi wita mnie po polsku i przypomina, że spotkaliśmy się na pielgrzymce z Krakowa do Częstochowy. Pamięta moją konferencję...To kapelan tych oddziałów. Ktoś z jezuitów wtrąca, że ostatnio był on w niewoli u Serbów (18 dni), ale nie ma czasu o tym rozmawiać.
Żegnamy się i jedziemy do domu M., wspinając się krętymi i wąskimi drogami, wśrod domków (na ogół zniszczonych) i ogródków. Wreszcie jesteśmy na miejscu, w połowie zbocza góry. Po prawej stronie siedzi przed domem para starych ludzi. Wstają, pozdrawiają nas w pełen szacunku, niemal ceremonialny sposób. To Muzułmanie, przesiedleńcy z wioski spalonej przez Serbów. "To bardzo dobrzy sąsiedzi" - mówi M. Skręcamy w lewo, wchodzimy do ogródka. Wita nas matka M. Siadamy przy stole ocienionym drzewem i jakimiś pnącymi się krzewami. W dole miasto jak na dłoni.
Matka prosta, serdeczna. Mówi po polsku ze swoistym wiejskim akcentem. Pojawia się kiełbasa, ser, pomidory, lemoniada, kawa, herbatniki i chorwacki koniak. Zaczyna opowiadać. Mieszkała tu - a właściwie w sąsiednim domu, u sąsiadki Serbki, która ją chroniła - przez cały czas wojny. W jej domu byli serbscy żołnierze. Na skraju ogródka okopy, powyżej Muzułmanie. W dole oddziały chorwackie i muzułmańskie. M. był w chorwackim, jego syn w muzułmańskim - tak się złożyło. Patrzyli czasem na swój dom, ale matki nigdy nie dostrzegli. M. mówi, że na froncie było stosunkowo najlepiej, bo dostawało się jakieś jedzenie - a czasem i najbezpieczniej. W mieście trzeba było stale uważać na snajperów i z niezwykłym trudem zdobywać coś do jedzenia. Ogrzewania oczywiście nie było, po wodę trzeba było nieraz stać 8 godzin, kryjąc się przed snajperami.
Pojawia się syn i synowa. On trochę mówi po polsku, na wakacje jeĄdził kilka razy do Polski, ale się krępuje, nie ma wprawy. Pracuje na poczcie, instaluje telefony. Ale rzadko realnie coś robi, bo rzadko przychodzą aparaty z zagranicy - w transportach z darami.
Po kilkunastu minutach odjeżdżają własnym samochodem, ale nie pozostajemy sami - przy furtce staje jakiś człowiek z wielkim arbuzem na ramieniu, ubrany w kolorowy dres. Chwilę rozmawia, po czym wchodzi, wita się, siada, kroi arbuz i kładzie przed nami. Gada jak najęty i co chwila wybucha śmiechem. M. raczej milczy, jego matka coś odpowiada od czasu do czasu. To też sąsiad, Muzułmanin. Dom miał zniszczony, ale pościągał co się dało z sąsiednich i ładnie wyremontował. Dobrze mu się powodzi, ma zakład fryzjerski i właśnie zakłada drugi.
Znowu ktoś podchodzi do furtki, wita się i siada. To kuzyn fryzjera. Udało mu się w czasie wojny wyjechać z żoną do Holandii, tam ma dobry zasiłek. Kilka razy w miesiącu przyjeżdża autem do Sarajewa i tu je sprzedaje.
Po półgodzinie sąsiedzi żegnają się, a my idziemy na mały spacer. Kilkaset metrów powyżej - zniszczone koszary, jeszcze wyżej, na szczycie, bunkier. Przechodzimy obok jakiejś łączki, pozdrawiamy człowieka pasącego krowę. Pytam, czy nie było tu min. Otóż on najpierw puścił na łąkę kozy, nic się im nie stało; wobec tego zaczął kosić trawę. Natrafił na trzy miny, ale nie wybuchły. "Ja bym tu nie wszedł - mówi M.- raz nastąpiłem na minę, to mi wystarczy. Dobrze mnie poraniła, ale obyło się bez amputacji".
Mijamy domki w ogródkach, prawie wszystkie mniej lub więcej zniszczone, niektóre w odbudowie. Co parę minut mijają nas zachodnie auta, wyglądają jak nowe. Przypominają mi się słowa niemieckiego przyjaciela, z którym jesteśmy razem w Sarajewie: "Tu jest więcej mercedesów niż w Niemczech". Właśnie mija nas eleganckie audi. Jak to jest? - pytam M. "Kupują graty w Niemczech i remontują" - mówi. A są i tacy, których stać na nowe. Dorobili się w czasie wojny - na przykład żołnierze, którzy pobierali słone myto za przejazd w niektórych miejscach. Dla nich wojna mogłaby trwać jeszcze kilka lat.
Wracamy do domu, a właściwie do ogródka. Dopiero teraz widzę, że połowa domu jest zniszczona. Mówimy dalej o wojnie. Tego odcinka broniło tylko 15 Serbów, ale Muzułmanie o tym nie wiedzieli i pracowicie drążyli tunel, aby ich zaskoczyć od tyłu. Szło to bardzo wolno, bo natrafili na skałę. Nie zdążyli przed układami w Dayton.
"Może by i lepiej było, żeby się wszyscy rozdzielili, Chorwaci, Muzułmanie i Serbowie" - mówi matka. Czyli uznać czystki etniczne - myślę. Byłoby to oczywiście niesprawiedliwe, ale chyba tylko szaleniec mógłby tu marzyć o sprawiedliwości. Przypominają mi się słowa kardynała Puljića sprzed paru dni: "lepszy zły pokój niż wojna".
Ochłodziło się trochę, zbieram się do powrotu. Tym razem pieszo, bo w dół, na skróty, idzie się szybko i łatwo. M. mnie odprowadza i wyciąga podarki na drogę (jutro odlatuję): czekoladę, witaminy i gruszki z ogródka. Nie sposób nie przyjąć.
Po drodze znowu zniszczone i niekiedy odbudowywane domki. Niektóre zbombardowane lub wypalone, inne rozkradzione lub nawet na wpół rozebrane - bo coś komuś było potrzebne, albo po prostu po to, aby właściciele (Serbowie, wszyscy uciekli) nie mieli do czego wracać. A zresztą gdyby nawet odważyli się wrócić, to i tak pracy nie dostaną. Trudno o nią dla Chorwatów, co dopiero dla Serbów.
Nagle wyłania się jakiś elegancko odnowiony czy wybudowany sklep z dumnym napisem "Mini market". Kto tu będzie coś kupował - dziwimy się. "Wszyscy chcą teraz mieć sklepy" - zauważa M.
Przechodzimy przez most na rzece, wchodzimy do śródmieścia. M. pokazuje, skąd strzelali snajperzy, które przejścia były osłonione kontenerami, które skrzyżowania trzeba było omijać. I jak uważać na zagranicznych dziennikarzy - jeśli taki gdzieś stał z kamerą, to mógł czekać na zamówiony u Serbów ostrzał - przecież trzeba było mieć nowe filmy na wieczorne wiadomości.
Spotykamy jakąś parę w średnio-starszym wieku, zatrzymują się, M. wita się serdecznie. To teściowie jego syna. On Muzułmanin-komunista-ateista, ona Chorwatka. Córka przyjęła chrzest jako młoda dziewczyna. Odbył się w domu, ksiądz do nich przyszedł. "On mnie czasem pyta - mówi M. - czy wpuściłbym imama do swojego mieszkania, aby mi zabrał syna?"
Coraz więcej przedwyborczych plakatów. Ale wkrótce ustępują miejsca innym - co dziesięć, dwadzieścia metrów wielkie litery U2. Koncert ma być tydzień po wyborach.
"Co tu się będzie działo?" - pytam. "Nikt nie wie - wszystko zależy od Amerykanów". "A co będzie, jak stąd wyjdą?" "Pewnie wojna".
Żegnamy się serdecznie.
Sarajewo, 7 września 1997
powrót