|
|
Możemy pomóc w powrocie do wartości podstawowych Stefan Wilkanowicz: wywiad z Zofią i Janem Kułakowskimi
Stefan Wilkanowicz: Obydwoje jesteście ludźmi stykającymi się z różnymi kulturami, przez kilkadziesiąt lat mieszkaliście w Belgii, od paru lat w Polsce. Ale mieszkając w Belgii żyliście także na styku różnych kultur, dużo podróżowaliście zwłaszcza Ty, Janie, obracaliście się w międzynarodowym środowisku. Jakie są więc Wasze tożsamości kulturowo - narodowo - uczuciowe, jakie doświadczanie Europy i świata? Jan Kułakowski: Moją polską tożsamość zawdzięczam przede wszystkim mojej Matce, Belgijce. Była ona bardzo związana z Polską i zmarła w Belgii jako uchodźca polityczny polskiego pochodzenia, ponieważ odmówiła powrotu do belgijskiego obywatelstwa. Ja więc czuję się absolutnie Polakiem i uważam, że mój pobyt w Belgii był pewnego rodzaju incydentem, tak się po prostu złożyło. Niewątpliwie jednak kultura belgijska, czy zachodnioeuropejska, poważnie na mnie oddziałała. S.W.: W jaki sposób? J.K.: Głównie chyba w dziedzinie way of life, sposobu życia, w codziennym zachowaniu. Zakodowała się we mnie jakaś zachodnioeuropejskość. Na przykład kultura pracy, ale także kultura jedzenia czy picia przy równoczesnej świadomości, że to nie jest moje. Działam zgodnie z tym sposobem życia, ale jestem skądinąd. I w końcu wróciłem do korzeni, zrezygnowałem nawet z belgijskiego obywatelstwa, choć wcale nie musiałem. S.W.: Co straciłeś, co zyskałeś na tym powrocie? J.K.: Straciłem materialnie, bo zrezygnowałem z belgijskiej emerytury i poddałem się polskiemu ustawodawstwu w tej dziedzinie. Natomiast dobrze czuję się w Polsce. Czy to jest patriotyzm? Nie wiem, może po prostu świadomość, że w Belgii byłbym bezużytecznym emerytem, a tu mogę coś jeszcze robić. Nowy etap życia daje mi nowe możliwości. Przez 35 lat działałem w związkach zawodowych, potem byłem przez 6 lat ambasadorem, a od półtora roku doradcą ministra i członkiem Komitetu ds. Integracji Europejskiej. Obecnie głównym negocjatorem RP w Unii Europejskiej. S.W.: Wobec tego pytanie: jakich Polaków potrzebuje Europa? Co możemy wnieść do niej? J.K.: Sądzę, że powinniśmy w jakiś sposób wnieść do niej nasze korzenie i nasz dorobek, przystosowany do dzisiejszych potrzeb. Poza tym trzeba pamiętać, że jako Europejczycy mamy prawo do jej współbudowania razem z innymi. Nie mamy chwalić się dokonaniami naszych przodków, ale pomagać w powrocie Europy do idei jej powojennych "ojców założycieli" Schumana, de Gasperiego, Adenauera czyli do korzeni jej przyszłościowej wizji jako kontynentu żyjącego w pokoju i budującego solidarność. To są cele polityczne, które z różnych powodów realizują się przez środki ekonomiczne, ale te środki nie zastąpią tego, co jest zasadniczym celem integracji. S.W.: Nasze tradycje i nasze choćby tylko werbalne przywiązanie do wartości? J.K.: To nie tak, obie strony wnoszą wartości materialne i duchowe, choć niejednakowo. Mamy do zaoferowania pewne walory gospodarcze, ale może przede wszystkim wnosimy nasze dążenie do Europy bezpiecznej i solidarnej, do zasadniczego celu integracji europejskiej. W tym możemy pomóc. Zresztą na Zachodzie widać potrzebę powrotu do wartości podstawowych, duchowych chyba Jacques Delors jest tu postacią wiodącą. I w tej dziedzinie też mamy do odegrania pewną rolę. S.W.: Ale równocześnie podnoszą się u nas obawy, że integracja europejska prowadzi do jakiejś zatraty tożsamości narodowej... J.K.: Wręcz przeciwnie, wśród narodów tworzących Unię Europejską widać tendencję do podtrzymywania różnic czy ich podkreślania, a równolegle tworzenia się jakiejś świadomości europejskiej, zrozumienia różnic między kulturą europejską a innymi. Myli się tu często tożsamość z suwerennością. Oczywiście pewne ograniczenie polityczno-prawnej suwerenności musi nastąpić, natomiast tendencje do rozmywania tożsamości istnieją niezależnie od przynależności do Unii Europejskiej. Unia nie ma w tej dziedzinie instrumentów oddziaływania. Zatem z tej strony to niebezpieczeństwo nie istnieje. S.W.: Przed kilku laty Richard von Weizsäecker powiedział, że Europa potrzebuje "pluralizmu ekumenicznego", czyli różności i współpracy jednocześnie, dążenia do osiągnięcia jakiejś wspólnej bazy wartości. J.K.: To jest pluralizm, który opiera się przede wszystkim na tolerancji, na zrozumieniu innych wartości, innych ludzi i innych społeczeństw. Tego jednak chyba w Polsce brakuje... S.W.: Ale sama tolerancja to chyba trochę za mało... J.K.: W atmosferze tolerancji i zrozumienia można nawiązywać dialog i szukać wspólnych wartości, stopniowo rozwijać współpracę. S.W.: A czy w gronie ludzi najbardziej wpływowych w europejskich strukturach częste jest takie nastawienie na zrozumienie innych, na problemy kultury i głębszej współpracy? J.K.: Niestety nie, raczej nawet rzadkie. Te sprawy są odkładane na bok, niezbyt poważnie traktowane. Chociaż z drugiej strony trzeba przyznać, że ewolucja postaw zmierza w dobrą stronę, zarówno w dziedzinie doceniania podstawowych wartości duchowych, jak i potrzeby rozszerzenia Unii Europejskiej. Zasadnicza decyzja w tej ostatniej sprawie została powzięta w 1993 r. Oczywiście opory, związane z różnymi obawami, trwają czy poszerzenie nie utrudni pogłębienia integracji, czy nie spowoduje utraty dotychczasowej tożsamości itd. Stąd też negocjacje będą trudne i w płaszczyźnie politycznej, i gospodarczej. Jeśli mówić o zagrożeniach, to właśnie w gospodarce. W rolnictwie, w niektórych dziedzinach przemysłu węgla i stali, w bankowości mamy największe problemy, które musimy rozwiązać. O polską tożsamość możemy być spokojni. Zofia Kułakowska: Chciałabym dodać, że wielu moich katolickich przyjaciół na Zachodzie oczekuje od Polski jakiegoś zastrzyku wiary i duchowości, bo cierpią z powodu spoganienia zachodnich społeczeństw. Niewierzący natomiast boją się sekciarstwa, które może przyjść wraz z polskim katolicyzmem. Jednak jedni i drudzy Polski nie znają, a nadzieje i obawy formułowane są czysto teoretycznie. Bardzo praktyczne są natomiast obawy o pieniądze kto poniesie koszty rozszerzania Unii? Pewne jest, że urzędnicy UE zrobią wszystko, aby odciążyć unijny budżet. Jednak, o ile jeszcze kilka lat temu Polska była białą plamą za żelazną kurtyną, to dziś szybko postępuje proces akceptacji Polski jako kraju europejskiego, który powinien znaleźć się w Unii. Chociaż biurokratyczny "aparat" nadal się boi, bo nie wyobraża sobie rozszerzenia Unii bez jej reformy wewnętrznej, a na tę ostatnią nie ma pomysłu. J.K.: Moim zdaniem sprzeczność między "pogłębieniem" a "poszerzeniem" Unii jest problemem fikcyjnym otóż właśnie poszerzenie zmusi do pogłębienia, wywoła konieczną dynamikę. Można by powiedzieć, że krew barbarzyńców ze Wschodu może ożywić zaspany organizm Unii.... Z.K.: Polska dynamika rozwoju, widoczne na każdym kroku zmiany budzą często zdumienie i podziw zachodnich turystów. Oni się na Zachodzie nudzą, mają tylko pedofilów i korupcję, a z drugiej strony w ich świadomości są ciągle stare schematy. Pewna moja znajoma zareagowała na przykład zgorszonym zdumieniem na wiadomość, że wyjeżdżam do Polski: "Sophie, co Ty robisz, przecież jesteś Europejką, dokąd Ty jedziesz..." J.K.: Za kilka lat będziemy należeli do Unii, ale już dziś musimy zacząć czuć się jej członkiem, który nie tylko myśli o przystosowaniu się do jej wymogów, ale równocześnie o kierunku jej rozwoju, o decyzjach, które trzeba podejmować. Nie wolno nam podchodzić do tych spraw biernie. Z.K.: Zwłaszcza, że historia przyspiesza... S.W.: Wróćmy do początkowych pytań o skrzyżowanie kultur co Ci dał pobyt na Zachodzie? Z.K.: Ważne było, na przykład, doświadczenie katolicyzmu. Jeśli tam ktoś jest katolikiem, to w głębszy, poważniejszy sposób - przynajmniej intelektualnie niż w Polsce. Zupełnie fałszywe jest rozpowszechnione w Polsce mniemanie, że "tam są sami poganie". Tamtejszy katolicyzm jest inny od polskiego, ale reprezentuje wiele takich wartości, które trzeba umieć odkryć. W Polsce mam nieraz wrażenie jakiejś płytkości i w gruncie rzeczy braku zainteresowania własną wiarą... S.W.: A czy łatwe były dla Was kontakty z jeszcze "bardziej innym" ludźmi, z pozaeuropejskimi kulturami? Co Wam one dały? J.K.: Najpierw zrozumienie, że Europa nie jest pępkiem świata, że istnieją inne, godne szacunku kultury. Wprawdzie przegrały konkurencję z Europą i Ameryką Północną, ale mają głębokie korzenie i cenne wartości. Możemy się od niech wiele nauczyć, mają coś do zaofiarowania współczesnemu światu. Na przykład rodzinę, wspólnotę. Myśmy weszli w kulturę indywidualistyczną, która wywołała reakcję kolektywistyczną, zaś oni od wieków mają kulturę wspólnotową, którą my zatraciliśmy i której dziś potrzebujemy. Z.K.: Afrykańczycy mają wielką wrażliwość na drugiego człowieka i jednocześnie "czas na życie". A także swoiste poczucie rytmu czasu, rytmu dnia i nocy, rytmu natury. I znaczenia słowa mówionego. U nich nie wystarczy zdawkowe "jak się masz", trzeba zapytać o wszystkich członków rodziny i nie są to pytania retoryczne. I mają też wielkie poczucie krzywd, których doznali od Białych. Pamiętają o polowaniach na niewolników. J.K.: Nie negują, że kolonializm dał im pewne wartości, ale wiedzą, czy czują, że także niszczył ich własne. Handel niewolnikami zniszczył ich kultury. Pozostała więc nieufność wobec Europejczyków i Arabów S.W.: Wchodząc do Unii Europejskiej będziemy musieli wejść także w jej związki z innymi kontynentami, nauczyć się myśleć globalnie. I z tym też nie można zwlekać...
|