Wojciech Lubowiecki, Biedny krewny ze Wschodu.
Wizerunek Polski w Europie od czasu akcesji na ogół poprawił się, ale samo członkostwo w Unii nie gwarantuje pozytywnej opinii o Polsce. Dowodem prawdziwej i trwałej zmiany w postrzeganiu Polski będzie moment, w którym kraj nad Wisłą przestanie być umieszczany w Europie Wschodniej, a w brukselskiej nomenklaturze straci przydomek "nowego" państwa członkowskiego.
Milan Baroś, napastnik piłkarskiego klubu Aston Villa, bliski był zdobycia tytułu króla strzelców na ostatnich Mistrzostwach Europy, grając dla reprezentacji Czech, co nie przeszkodziło dziennikarzowi brytyjskiej telewizji określić go kilka tygodni temu mianem "zawodnika czechosłowackiego". Cóż, wpadki się zdarzają. W telewizyjnych i radiowych transmisjach na żywo w wartkim potoku słów komentatora nadal powstają z martwych, choć coraz rzadziej, "sportowcy sowieccy". Pokazuje to jednak dobitnie, jak wielka jest siła przyzwyczajenia; dowodzi, że myślowe schematy i skojarzenia przestawić o wiele trudniej niż wskazówki zegara przy zmianie czasu czy w podróży pociągiem pod Kanałem La Manche. Przepraszam, Kanałem Angielskim.
Polska była w tej szczęśliwej (sic!) sytuacji, że w 1989 roku (i okolicach) przeszła metamorfozę, ale się ani nie rozpadła, ani nie zjednoczyła, ani nie została stworzona od początku. Nie doświadczyła tożsamościowych perypetii Czechosłowacji, NRD czy Macedonii (dodam: byłej Jugosłowiańskiej Republiki Macedonii - dla uniknięcia nieporozumień i greckich protestów). Dla Europejczyka nazwa Polski się nie zmieniła; Polska była i została Polską, zgodnie z życzeniem Jana Pietrzaka. Stało się tak dlatego, że PRL nigdy nie zrobił na europejskim rynku zawrotnej kariery jako znak firmowy; skrót PRP (People's Republic of Poland) się nie przyjął. Nazwa to jednak nie to samo co wizerunek.
Nie ma się co łudzić - w głębokich pokładach europejskiej podświadomości Polska to nadal zacofany, zdecydowanie biedny, postkomunistyczny kraj na dalekim wschodzie Europy. Dalekim może nie dla Niemca czy Austriaka, ale na pewno dla Irlandczyka czy Hiszpana. Nie jest to Azja Zachodnia, czego obawiał się Miłosz w Rodzinnej Europie, ale Europa B, Europa drugiej, a w najlepszym razie innej kategorii. Że taki obraz wschodniej ubogiej Polski istnieje, dowodzą potknięcia językowe (kiedy były szef NATO lord Robertson wylądował na Okęciu, wyraził swoje zadowolenie z przybycia do Moskwy), skróty myślowe (ileż to tekstów o Polsce w prasie zachodniej okraszonych jest fotografią wozu drabiniastego!) i wrzucanie wszystkiego, co na Wschodzie, do jednego worka (w Londynie spotkałem się z niedowierzaniem, że Polska nie należy do najbardziej dotkniętych przez AIDS krajów świata, skoro - jak mi tłumaczono - problem AIDS przybrał katastrofalne rozmiary "w Europie Wschodniej"). Istnienia stereotypu zacofanej Polski dowodzą też niezliczone przypadki pozytywnego zaskoczenia osób przyjeżdżających nad Wisłę po raz pierwszy. Im większe zaskoczenie europejskim standardem życia niektórych Polaków, tym głębiej zakorzeniony stereotyp, który bezpośrednie doświadczenie podważa.
Wejście do Unii, któremu towarzyszyła i nadal towarzyszy ogromna kampania informacyjna także w krajach "starej Unii" (kampania nie tylko w sensie zorganizowanej akcji, ale nawału informacji o "nowej Europie"), było niewątpliwie najważniejszym dla Polski "wizerunkowym" wydarzeniem w ostatniej dekadzie. Ale nie jedynym. Są nimi kolejne wybory, były rozmaite zdarzenia: od pielgrzymek do Ojczyzny i polskiego pożegnania Jana Pawła II, po tragedię w Chorzowie. Na zwykłym Europejczyku największe wrażenie może jednak zrobić po prostu upływ czasu - 15 lat w miarę stabilnej gospodarki i polityki buduje wizerunek kraju "normalnego" (nawet polska polityka robi wrażenie monotonii z perspektywy półtora tysiąca kilometrów, zwłaszcza w perspektywie miejscowej, popularnej gazety). Przypadkowy dowód: spotkany w pociągu z Brukseli do Londynu czarnoskóry Brytyjczyk zapytał, skąd pochodzę. "Kraków" - powtórzył, kiedy odpowiedziałem - "nigdy tam nie byłem". I dodał: "Ale mam tam mieszkanie".
Ten pozytywny kapitał roztrwonić nie sztuka. Norman Davies przypomniał w niedawnym wywiadzie dla "Newsweeka", że dobrą reputację zdobywa się mozolnie, a traci szybko i łatwo. Była to przestroga skierowana do polskich polityków z obecnego Sejmu, ale nie tylko oni odpowiadają za obraz Polski. Ewentualne ekscesy, o przelewie krwi nie wspominając, wywołane przez polskich szalikowców na tegorocznych futbolowych Mistrzostwach Świata w Niemczech w czerwcu mogą zniwelować to, co inni z trudem budowali. Swoją drogą rozkwit rasizmu, chuligaństwa i przestępczości na polskich stadionach i wokół nich to zjawisko, które polscy politycy powinni byli stłumić w zarodku, więc i oni nie są tu całkiem bez winy. Chodzi mi jednak o podkreślenie, że wizerunek danego kraju to nieraz dzieło przypadku czy skutek działań osób pozornie mało znaczących. Mrówcza pracowitość i solidność tysięcy szarych emigrantów doprowadziła dziś do sytuacji, że Polak w Londynie cieszy się pozytywnym image, polskość jest cool, a polski hydraulik ma wzięcie - zdesperowany komentator angielskiego tygodnika "Catholic Herald", zirytowany niesłownością hydraulików wyspiarskich, błagał ostatnio czytelników o podanie mu numeru telefonu porządnego, polskiego, katolickiego hydraulika.
Ten wizerunek Polski - powierzchowny, anegdotyczny, przypadkowy, wycinkowy, choć może statystycznie dominujący - nie pokrywa się z wizerunkiem, jaki powstaje w brukselskich instytucjach obserwujących wydarzenia nad Wisłą z wielkim zainteresowaniem, szczegółowo, i - ostatnio - z rosnącym niepokojem. W Brukseli obraz Polski jest wiernym odwzorowaniem rzeczywistości, ale nie jest wolny od politycznego spinu. Ton przedakcesyjnego poganiania Warszawy ustąpił miejsca - po 1 maja 2004 roku - przyjacielskiemu poklepywaniu po plecach. Na krótko. Polska szybko zyskała miano trudnego partnera (w sprawie konstytucji i budżetu) i opornego pacjenta, który uporczywie odmawia przyjęcia lizbońskiego eliksiru na wzrost zatrudnienia i unowocześnienie gospodarki. Zmienne i coraz to pogarszające się prognozy w sprawie wprowadzenia euro popsuły notowania Polski u euroentuzjastów. Dojście do władzy PiS-u, a zwłaszcza jego przymiarki koalicyjne z Samoobroną wprowadziły prawdziwy zamęt czy wręcz element paniki.
Kiedy ten numer "Znaku" trafi do Państwa rąk, obraz Polski może przejść kolejną metamorfozę, jeśli koalicyjny, eurosceptyczny rząd w Warszawie rzeczywiście powstanie (eurosceptyczny nie w świetle zaangażowania premiera Marcinkiewicza w szczyt budżetowy w grudniu, choć "yes, yes, yes" eurosceptycyzmu nie wyklucza, tylko w świetle konsekwentnego atakowania projektu unijnej konstytucji przez PiS, LPR i Samoobronę oraz miejsca tych partii na politycznym wachlarzu w Parlamencie Europejskim). Czym innym są bowiem mniej czy bardziej udolne ministrategie czy minikampanie tego czy innego rządu w Warszawie w pojedynczych sporach z większością państw unijnych (jak sprawa zbyt późno zgłoszonej prośby o niski VAT od Internetu, jak zakończone powodzeniem podkopywanie projektu dyrektywy o innowacjach komputerowych czy wreszcie kompromitacja nowego ministra w sprawie reformy cukrowej), czym innym zaś notoryczna nieufność wobec integracji europejskiej na etapie obecnym i tym zarysowanym w eurokonstytucji. Wizerunku Polski w Brukseli nie budują wyłącznie składane tam przez polskich polityków deklaracje o przyjaźni i sympatii dla dziedzictwa Roberta Schumana; budują je wypowiedzi i decyzje tychże polityków w domu. W dobie Internetu europejskie instytucje dysponujące setkami tłumaczy mają szybko pojęcie o tym, co minister Dorn powiedział Durczokowi w RMF-ie o poranku. Brukselę można krytykować, ale to nie Ciemnogród.
Czy eurosceptyczny rząd będzie oznaczał dla image Polski katastrofę? Niekoniecznie, może tylko nową jakość. Bruksela jęknie, ale zdzierży i to. Tak samo jak współżyje pokojowo z krytycznym wobec niej prezydentem Klausem; tak samo jak musiała tolerować koalicyjny rząd Austrii, w skład którego weszła w atmosferze sensacji Partia Wolności. Z gróźb zawieszania Austrii w prawach członka Unii zostało tylko wspomnienie, rozbita i oswojona partia Heidera i kanclerz Schüssel, którego z Unii nie wyrzucono, a który dziś jej przewodzi. Czy europeizacja Leppera doprowadzi do tego, że w 2011 roku, podczas pierwszej polskiej prezydencji w Unii, minister (premier?) z Samoobrony poprowadzi posiedzenie sektorowej Rady Unii Europejskiej (a może szczyt Unii!)? Dziś wydaje się to absurdem. Jednak w kontekście drogi, jaką już dotąd przeszła Samoobrona w Parlamencie Europejskim, nie jest to wcale niemożliwe (od buńczucznych i bełkotliwych gróźb renegocjowania Traktatu Stowarzyszeniowego z Unią, zgłaszanych w Strasburgu podczas krótkiej kadencji europoselskiej samego Leppera, po dzisiejsze, regularne "exposé" Ryszarda Czarneckiego na temat niemal każdego aspektu polityki międzynarodowej omawianej przez unijną izbę).
Sama obecność w Unii nie gwarantuje pozytywnego wizerunku państwa członkowskiego. Austria chwilowo ten wizerunek utraciła mimo przynależności do Unii, ale winić może tylko siebie. W przypadku Polski akcesja przysłużyła się polskiemu wizerunkowi za granicą, ale stworzyła nowe wyzwania. Unia (to jest brukselskie instytucje, a za nimi europejskie media) podkreślała polskie osiągnięcia, ale jednocześnie nagłaśniała polskie niedociągnięcia, wady, a także - korzystając z bardzo niebrukselskiego terminu - polskie grzechy główne. Na tle unijnych partnerów Polska wypada źle w wielu statystykach: Bruksela obnażyła bezlitośnie dramatycznie niskie polskie nakłady finansowe na badania i rozwój. O rzekomych i udowodnionych skandalach sanitarno-produkcyjnych w polskim rolnictwie trąbiono w Europie wszem i wobec, zwłaszcza w kontekście niekwestionowanego sukcesu polskiego eksportu żywności wewnątrz Unii. Krytyka Polski i wywołane nią spory będą się zapewne mnożyć, zwłaszcza że władze w Warszawie cechuje teraz nieufność czy wręcz wrogość wobec brukselskiego edyktu i werdyktu. Unijna legitymacja klubowa dodaje zazwyczaj prestiżu, ale może się też okazać piarowską zmorą.
Dwa lata Polski w Unii przyniosły tej pierwszej większą obecność medialną w Europie, więcej prestiżu i więcej wpływów - choćby z tego względu, że w politycznych sporach liczą się tylko obecni. Ale o znaczeniu Polski nie decyduje wyłącznie liczba jej mieszkańców, dyktująca, ilu mamy europosłów w Strasburgu, ani jej nicejska siła głosów w Radzie Europejskiej (jak się okazało w przypadku reformy cukrowej, same głosy to nie wszystko). Mocarstwowej roli Polski nie przesądza wcale to, że jej premier może trzymać w szachu 26 pozostałych państw Unii (z Bułgarią i Rumunią) w trakcie negocjacji budżetowych (może to zrobić także premier Malty, pozbawionej takich aspiracji). Ważniejsze nadal jest to, że kiedy w Unii dzieli się pieniądze, Polska jest po stronie tych, co biorą; a nie tych, co dają. "It's the economy, stupid", żeby sparafrazować amerykańskie hasło wyborcze. Z wielu historycznych i politycznych powodów Polska jest w unijnej drugiej lidze. W tym sensie wyrafinowany wizerunek Polski w oczach eurokraty nie odbiega daleko od image drabiniastego wozu w głowie niemieckiego podatnika i zarazem czytelnika popularnej prasy.
Brukselski stereotyp Polski uwidacznia się w języku oficjalnych dokumentów, na przykład Komisji Europejskiej, najeżonych podziałami na nowe i stare kraje Unii. Tylko nieco ponad dekadę (11 lat) spędziły w Unii Finlandia, Austria i Szwecja, ale nikomu nie przyjdzie do głowy nazywać je nowymi krajami członkowskimi. Do powtórzenia tego sukcesu wystarczyłyby teoretycznie na przykład dwie kadencje prezydenta Kaczyńskiego, z niewielkim okładem. Na razie wydaje się to mało prawdopodobne. Do nowej dziesiątki eurokraci jednym tchem dorzucają już Bułgarię i Rumunię; zapewne podczepią pod nią Chorwację czy kiedyś tam Macedonię. Podział na nowe i stare ma przed sobą przyszłość.
Polsce potrzebne jest zapewne aktywne kreowanie własnego wizerunku, ale na razie nie może poszczycić się wielkimi osiągnięciami w tej dziedzinie. Nie udała się próba stworzenia drugiej Japonii. Polska nie stanie się też drugą Irlandią. Jeśli naśladowanie celtyckiego tygrysa w ogóle leżało w zakresie polskich możliwości, to i tak jest już na to zbyt późno. Pomysł podkradły inne kraje. Być może polską specjalnością będzie stawanie w opozycji do Brukseli - zwłaszcza w sprawach światopoglądowych. Za to w polityce zagranicznej już po dwóch latach można mówić o polskiej specjalizacji - od spraw wschodnich - która przynosi owoce: zamiast jako o sponsorze egzotycznej kandydatury Ukrainy do Unii, o Polsce mówi się teraz jako o niezbędnym czynniku stabilizującym w regionie; zamiast o polskim marudzeniu w sprawie białoruskiej, mówi się o prześladowaniach unijnej mniejszości narodowej przez władze w Mińsku; zamiast o rosyjskiej obsesji Polaków mówi się o negatywach uzależnienia energetycznego Unii od Rosji. Usilne podejmowanie wschodnich tematów na unijnym forum przez polskich polityków być może zaowocuje tym, że w mentalnym atlasie przeciętnego Europejczyka Polska znajdzie się tam, gdzie naprawdę leży - w Europie Centralnej. Ale to już zadanie na następne lata unijnej przygody Polski.
Źródło: Miesięcznik ZNAK, maj 2006, nr 612
Miesięcznik ZNAK
powrót