»Wprowadzenie

Oblicza nienawiści





Stefan Wilkanowicz, Hoess widziany z Kosowa.

Ukazała się po polsku niezwykła książka - analiza biografii i wypowiedzi komendanta oświęcimskiego obozu z religijnego punktu widzenia - napisana przez niemieckiego księdza, mieszkającego w Oświęcimiu od dziesięciu lat (1), a obecnie wykładającego w Papieskiej Akademii Teologicznej. Składa się ona z dwóch części: w pierwszej Autor przedstawia życiorys Hoessa, bardzo gruntownie udokumentowany, w drugiej dokonuje jego antropologiczno-teologicznej analizy, opierając się o głównie o przemyślenia Kanta, Ricoeura, Levinasa, Weltego i Tischnera. W pierwszej części mamy więc pasjonującą opowieść o przebytej drodze młodego Niemca - od pobożnego chłopca do fanatycznego funkcjonariusza SS, przyjaciela Bormanna i Eichmanna - w drugiej subtelne analizy filozoficzno-teologiczne, umożliwiające głębsze zrozumienie tej biografii, zakończonej powrotem do katolicyzmu i śmiercią na szubienicy.

Zanim przejdę do refleksji nad jej treścią muszę najpierw wyjaśnić tytuł. To nie Autor patrzy na Hoessa przez pryzmat Kosowa tylko ja już nie umiem nie łączyć z sobą różnych gatunków ludobójstwa i nie widzieć tego , co je łączy. I nie bać się, że się na Kosowie nie skończy, bowiem nienawiść i pogarda odradzają się, a metody ich budzenia są podobne, jeśli nie te same. Zatem życiorys Hoessa jest ciekawy nie tylko "sam w sobie", ale przede wszystkim z punktu widzenia jego możliwej powtarzalności.

Wprawdzie na pierwszy rzut oka wydaje się być zupełnie wyjątkowy, ale jednak... trzeba mu się przyjrzeć bliżej.

Najważniejszą osobą jest tutaj ojciec Rudolfa, człowiek o mentalności "militarno-misjonarsko-kolonialnej", dawny żołnierz służący w Afryce, łączący religijną gorliwość (autentyczną!) i wojskową dyscyplinę z kolonialną wizją misji - religijnej i cywilizacyjnej zarazem, w praktyce zapewne narodowo-politycznej. Po urodzeniu się Rudolfa składa ślub, że jego syn ....zostanie kapłanem. Dziś to wręcz niewyobrażalne, ale przy takim typie religijności dosyć logiczne. Wydaje się, że Rudolf to akceptuje, ale w pewnym momencie doznaje ciosu - dochodzi do przekonania, że jego spowiednik zdradził tajemnicę spowiedzi i od tego momentu zaczyna się jego stopniowe oddalanie się od Kościoła. Na plan pierwszy wysuwa się ideał żołnierski. Mając 15 lat zaciąga się do wojska (fałszując metrykę) i wyrusza do Turcji. W wieku lat 18 - trzykrotnie ranny i wielokrotnie odznaczony - jest już dowódcą oddziału, który - po przegranej wojnie - przebija się z Turcji do Niemiec.

Rodzina chce go zmusić do wstąpienia do seminarium duchownego, ale nie poddaje się, zrywa z nią (ojciec już nie żyje) i kontynuuje żołnierskie zaangażowanie - zresztą wojsko już stało się jego rodziną, zatem jest to także "potrzeba serca" i sposób na życie. Wstępuje do ochotniczego korpusu, który walczy z komunistami najpierw na Łotwie a póĽniej w Niemczech. Potem w wojskowo-rolniczych komunach, sterujących w kierunku NSDAP. Wstępuje do tej partii. Poznaje Himmlera i Bormanna. A potem spędza kilka lat w więzieniu za udział w mordzie kapturowym prawdopodobnego komunistycznego denuncjanta. Po zwolnieniu wstępuje do "Związku Artamanów", nacjonalistycznej i rasistowskiej organizacji młodych chłopców i dziewcząt wyznających ideały "powrotu do ziemi", zakładających swoiste wiejskie wspólnoty w Niemczech i marzących o kolonizacji na Wschodzie, na polskich terenach. Tam wchłania potężną dawkę antysemityzmu. Dystansuje się wobec NSDAP, ale w końcu przyjmuje propozycję Himmlera i wstępuje do SS, swoistego żołniersko-rasowego "zakonu" (do obowiązku SS-manów należało także płodzenie rasowo najlepszych dzieci). Potwornej karykatury dawnych zakonów rycerskich.

Dalej były już tylko obozy, przede wszystkim Auschwitz, którego był twórczym budowniczym. Narodowo-socjalistyczna ideologia stała się jego nową religią. Odrzucając chrześcijaństwo chyba zachował pewien typ religijności (już mętnie germańskiej), w którym stosunek do Boga był relacją niewolnika do pana - czyli zaprzeczeniem chrześcijaństwa. I tego typu stosunek panował w całej strukturze SS, a także w nazistowskiej partii - składającej się z "niewolników z wyboru", niewolników-entuzjastów. Panem był Wódz, wcielenie boskiej mocy.

Można więc zasadnie zadać pytanie czy kiedykolwiek, nawet w okresie największej gorliwości religijnej, Rudolf był rzeczywiście chrześcijaninem? I można też zasadnie pytać czy nie mamy takich chrześcijan i dziś. Oczywiście jakoś złagodzonych czy zawoalowanych, ale w gruncie rzeczy mających militarną i nierzadko ksenofobiczną mentalność.

Życiorys wyjątkowy. Ale czy nie są możliwe analogiczne, pozornie radykalnie inne, a jednak istotnie podobne?

Aby się do odpowiedzi przybliżyć trzeba wziąć pod uwagę dwa zjawiska - rozwój sekt oraz narastanie przemocy w środowiskach młodzieży.

To nagłe mnożenie się sekt tylko z pozoru jest dziwne. Żyjemy już w kulturze pluralistycznej i ten nasz codzienny pluralizm ma coraz bardziej relatywistyczny charakter, nasza kultura jest coraz bardziej kalejdoskopowo-narcystyczna, bezkierunkowa, skupiona na indywidualnych przeżyciach i ustawicznie poszukująca nowych wrażeń, zacierająca pojęcie rozwoju, ceniąca zmienność bez dalekosiężnego celu. Jest w niej jakaś absolutyzacja wolności, niemożność podejmowania trwałych zobowiązań, zakwestionowanie prawdy obiektywnej. Pozornie daje satysfakcję, w gruncie rzeczy niepokoi i męczy, likwiduje międzyludzką solidarność, uznaje jedynie tolerancję zmierzającą w kierunku obojętności. W gruncie rzeczy likwiduje cel i nadzieję. Dlatego musi niepokoić i męczyć, stwarzać poczucie pustki i niepewności. Zwłaszcza gdy skojarzona jest z dotkliwymi i jakby nieuleczalnymi zagrożeniami w postaci nie tylko chronicznego bezrobocia lecz i czegoś głębszego - praktycznego wykluczania coraz szerszych kręgów ludzi z normalnego życia społecznego. Zatem do tworzenia się nowego proletariatu, ale zupełnie innego niż ten dawny, sławiony przez Marksa czy Lenina - proletariatu jako zbiorowiska zrezygnowanych albo zrewoltowanych wykolejeńców, zdolnych do wszelkich ekstremizmów.

Ta sytuacja zmusza do szukania jakiegoś poczucia pewności i celu, choćby za cenę dużych wyrzeczeń. Szuka się więc bezpieczeństwa i sensu w najrozmaitszych wspólnotach, przybierających bardzo często sekciarski charakter - czyli opierających się na bezwzględnym posłuszeństwie wobec wodza-guru i na kultywowaniu poczucia posiadania monopolu na tak czy inaczej pojmowane zbawienie. A stan dezorientacji i frustracji znieczula na dziwactwa i absurdy ich ideologii.

Zazwyczaj mamy skłonność do traktowania nowych sekt jako jakichś folklorystycznych dewiacji, czasem niebezpiecznych dla konkretnych osób, ale w gruncie rzeczy nie stwarzających poważnego zagrożenia dla społeczeństwa. Jest to chyba błąd. Trzeba bowiem brać pod uwagę tworzenie się potężnych sekt, o międzynarodowym charakterze, dysponujących nieraz dużym potencjałem ekonomicznym i politycznymi wpływami. Najczęściej nie szukają one reklamy, działają na sposób bardziej masoński, to znaczy dyskretnie i pośrednio, stąd są mało widoczne. Ale bywa, że kontrolują silne media i wielkie koncerny. I przenikają do elit władzy.

A z drugiej strony zwykłe mafie szukają nieraz jakiejś ideologiczno-politycznej legitymizacji, co jeszcze bardziej utrudnia ich identyfikację.

Trzeba także brać pod uwagę specyficzne cechy naszej cywilizacji, związane z rozwojem techniki oraz procesami globalizacji. Cywilizacja ta staje się coraz bardziej krucha, wrażliwa na zakłócenia i różnego rodzaju perturbacje. Nigdy dotąd "szary człowiek" nie miał takich jak dziś możliwości wywoływania rozmaitego rodzaju kataklizmów, choćby w sferze globalnych systemów informatycznych. Ale także w dziedzinie "tradycyjnego", choć bardzo unowocześnionego terroryzmu. Wydaje się, że równocześnie zachodzą trzy procesy: ogromny wzrost możliwości szkodzenia, obniżanie się poziomu moralności oraz zdrowia psychicznego. Muszą one sprawiać wzrost rzeczywistych zagrożeń oraz poczucia zagrożenia wśród szerokich kręgów ludzi, a zatem niepokój i frustrację. A w konsekwencji wzrost agresji i przemocy, widoczny u coraz młodszych.

Przeprowadzona w ubiegłym roku ankieta na temat przemocy wśród młodzieży, głównie szkół średnich, potwierdza to przypuszczenie (2). Młodzi ludzie zostali zaproszeni do odpowiedzenia w swobodny sposób na kilka pytań dotyczących zasięgu tego zjawiska, jego Ľródeł i przejawów oraz środków zaradczych. Otrzymaliśmy około trzech tysięcy odpowiedzi, które stopniowo są opracowywane. Wstępne wyniki wskazują, że w świadomości młodych jest to zjawisko powszechne, ma ono Ľródła w kryzysie rodziny i szkoły, w dezorientacji i braku perspektyw, wpływie środków przekazu oraz - co bodaj najgroĽniejsze - roli grup subkulturowych (od szalikowców do skinów) - które równocześnie terroryzują swoje otoczenie i stwarzają mody. Jeden z licealistów ujął to krótko: "nienawiść jest teraz w modzie".

Ta nienawiść i agresja są często - na początku - bezkierunkowe, jest rzeczą przypadku na kim się wyładują. Przy bardzo niskim poziomie intelektualnym i moralnym stosunkowo wielu młodych bardzo łatwo ich uczuciami manipulować. Stad zwykli szalikowcy względnie łatwo mogą się przekształcać w skinów czy inne ugrupowania o skrajnie politycznym charakterze, najczęściej nacjonalistycznym.

Do tego dochodzą trudności okresu transformacji, zawiedzione nadzieje, niemożność zbudowania w krótkim czasie rzeczywistego państwa prawa i odbudowy kultury pracy, uzdrowienia administracji i wytworzenia szacunku wobec państwa. Ciążą skutki wieloletniego deformowania mentalności, okres "walki klas" zaowocował swoistym neomanicheizmem, dychotomicznym podziałem świata i potrzebą posiadania konkretnego wroga, który jest wszystkiemu winien. Wytwarza się znowu przekonanie, że tylko siłą daje się coś osiągnąć, zatem mamy strajki będące wyrazem egoistycznych grupowych interesów i gardzących dobrem wspólnym czy blokady programowo łamiące prawo i aprobowane przez większość społeczeństwa.

Mamy już więc odpowiedni grunt dla wyrastania ekstremistycznych przywódców różnej maści. I mogą oni mieć szanse na osiągnięcie sukcesu także przy pomocy demokratycznych procedur.

Przykład krajów b.ZSRR pokazuje łatwość tworzenia się struktur mafijno-gospodarczo-politycznych jak również powtórek najbardziej skompromitowanych ideologii, przykład krajów b. Jugosławii rozpalania niewyobrażalnej nienawiści, prowadzącej do prawdziwego ludobójstwa.

Niczemu się już nie można dziwić, nawet gloryfikowaniu Hitlera w Rosji. Ale przede wszystkim nie należy chować głowy w piasek.

Nie mogę zakończyć tych refleksji bez zastanowienia się nad chrześcijańskim wątkiem biografii Hoessa.

Oczywiście trudno sobie dziś wyobrazić takiego chrześcijanina jak ojciec Rudolfa. Ale patrząc na oświęcimskie Żwirowisko można dojść do przekonania, że w dziedzinie religijnej też i dziś wszystko jest możliwe. Względny sukces Tymińskiego pokazał nam stan naszej kultury politycznej - i nie tylko politycznej. Względny sukces Świtonia ujawnia stan naszej kultury religijnej - i nie tylko religijnej. Ukazuje jak ogromne zadania stoją przed nami w dziedzinie formacji chrześcijańskiej. Pokazuje zagrożenia, stawia pytanie o typ tej formacji.

Radykalnie upraszczając można by powiedzieć, że grożą nam dwie przeciwne dewiacje - z jednej strony jakaś ewolucja w kierunku chrześcijaństwa rozwodnionego i relatywistycznego (Kościoła pojmowanego na kształt jakiegoś "Stowarzyszenia im.Jezusa z Nazaretu", z drugiej sekciarsko-nacjonalistycznego (ksenofobicznej religii plemiennej). Oba te zagrożenia należy traktować poważnie. I powracać do radykalnego chrystocentryzmu, do bezustannej troski o pomoc ludziom w nawiązywaniu osobistej więzi z Chrystusem ("chrześcijanin to taki człowiek, który się czuje osobiście związany z Chrystusem" - usłyszałem przed pół wiekiem w trakcie studenckich rekolekcji) i traktowania swego osobistego powołania jako Jego naśladowania - w każdych warunkach życiowych. To jest punkt wyjścia, z którego wynikają bardzo daleko idące konsekwencje dla całego duszpasterstwa i chrześcijańskiego wychowania, a także działalności chrześcijan. Nie tu miejsce aby ten temat rozwijać, ale niesposób go pominąć.

Wracając do wstrząsającej biografii Hoessa niesposób również nie zatrzymać się nad jego nawróceniem czyli powrotem do katolicyzmu. Wydaje się, że jego odwrócenie się od narodowego socjalizmu dokonało się w końcu za sprawą Himmlera. Już po śmierci Hitlera Hoess chciał walczyć do końca i poszedł poradzić się Himmlera, ten zaś radził mu jak się ukrywać. To był dla Hoessa cios. Drugi wstrząs wydarzył się w polskim więzieniu - ku swojemu zdumieniu został tam potraktowany jak człowiek - on, który o oświęcimskich więĽniach mówił: "to nie ludzie, to więĽniowie". Ten wstrząs był punktem wyjścia do nawrócenia. Niech nam posłuży do bardziej optymistycznego spojrzenia na nasz świat i na jego przyszłość.

Wojna w Jugosławii skończy się w ten czy inny sposób. Powrót uchodĽców i odbudowa będą bardzo dużo kosztowały i długo trwały. Ale naprawa zniszczeń, które się dokonały w ludziach, może być jeszcze trudniejsza i nie da się załatwić jedynie przy pomocy pieniędzy i techniki. Likwidacja takiego potencjału nienawiści wymagać będzie zaangażowania bardzo wielu ludzi i nie dokona się jedynie siłami miejscowymi, choć bez nich nie może się udać. Potrzebna tu będzie pomoc międzynarodowa w rozmaitych formach. I potrzebni będą przede wszystkim ludzie młodzi, którzy zrozumieją, co się tam stało i będą chętni do partnerskiej współpracy z młodzieżą (i dziećmi) tego regionu.



1. Ks. Manfred Deselaers, Bóg a zło w świetle biografii i wypowiedzi Rudolfa Hoessa komendanta Auschwitz, przeklad Juliusz Zychowicz, Wydawnictwo WAM, Kraków 1999

2. Bliższe informacje o ankiecie i jej wstępnych wynikach (wybór odpowiedzi oraz ich opracowania z niektórych miejscowości) znajdują się na stronach www.eurodialog.org.pl (dział "Młodzież i przemoc"). Tamże dossier na temat konfliktów w krajach byłej Jugosławii i wysiłkach ich przezwyciężania (dział "Antykultura nienawiści - kultura solidarności").

powrót


Partnerzy: Wydawca: