»Wprowadzenie

Odpowiedzialność za Europę - odpowiedzialność Europy




Vaclav Havel,
Przemówienie wygłoszone na Uniwersytecie Harvarda 8 czerwca 1995 roku
.

Siedziałem niedawno wieczorem pod gołym niebem w pewnej restauracji nad wodą. Były tam identyczne krzesła jak te, które mają podobne restauracje w Pradze nad Wełtawą; słychać było taką samą muzykę rockową, jaka rozbrzmiewa w większości naszych restauracji, a wokoło widać było reklamy, jakie zobaczyć można także u nas. Najważniejsze jednak, że otaczali mnie młodzi ludzie, którzy byli podobnie ubrani, pili podobne drinki i zachowywali się w ten sam niewymuszony sposób, co ich rówieśnicy w Pradze. Różnili się od nich tylko kolorem skóry i skośnymi oczami. Działo się to bowiem w Singapurze.

Siedziałem, zastanawiałem się i po raz kolejny uświadomiłem sobie niemal banalną prawdę: żyjemy w wieku jednej globalnej cywilizacji. Jej spójność oczywiście nie polega tylko na podobnym sposobie ubierania się, podobnych drinkach, międzynarodowych reklamach czy tej samej muzyce komercyjnej, brzęczącej nieustannie na całej powierzchni ziemi. Polega na czymś głębszym. Dzięki nowożytnej idei trwałego postępu i rozwoju oraz dzięki właściwemu jej ekspansjonizmowi, jak również dzięki zawrotnemu rozwojowi współczesnej nauki, który bezpośrednio wyrasta z tej idei, w ciągu niewielu dziesięcioleci nasza planeta po raz pierwszy po setkach tysięcy lat istnienia ludzkiego rodu opanowana została przez jedną cywilizację, i to w dodatku cywilizację techniczną.

Cały świat pokrył się siecią milionów informacyjnych i telekomunikacyjnych nitek, niczym jakimiś naczyniami włoskowatymi, którymi z błyskawiczną prędkością płyną nie tylko najróżniejsze informacje, ale też zintegrowane modele zachowań społecznych, politycznych i gospodarczych, normy prawne, a nawet miliardy dolarów elektronicznie błądzących po świecie, mimo że żadna z osób mających z nimi do czynienia nigdy nie zobaczy ich w formie fizycznej. Życie rodu ludzkiego jest w efekcie tego nie tylko związane informacyjnie, ale też skutkowo: wystarczy, że jakiś makler bankowy w Singapurze przeprowadzi podejrzaną transakcję, aby wskutek tego splajtował bank na drugim końcu świata.

Dzięki osiągnięciom tej cywilizacji dziś praktycznie wszyscy wiemy, co to są czeki, obligacje, weksle czy akcje, wszyscy wiemy, kto lub co to jest CNN, Czarnobyl, Rolling Stones, Nelson Mandela albo Salman Rushdie. Ale to nie wszystko: naczyniami, które tę cywilizację tak radykalnie integrują, płynie przez świat - głębiej czy płyciej zakorzeniając się w różnych miejscach - świadomość pewnych sprawdzonych sposobów ludzkiego współżycia, takich jak demokracja, szacunek dla praw człowieka, państwo prawa czy zasady rynku. Ta globalna cywilizacja zrodziła się w czasach nowożytnych w przestrzeni kultury europejskiej, a potem euro-amerykańskiej, wyrosłej przede wszystkim z połączenia tradycji antycznej, żydowskiej i chrześcijańskiej. Umożliwia ludziom - przynajmniej teoretycznie - ogólnoświatową komunikację, wspólną i skoordynowaną obronę przed najróżniejszymi zagrożeniami. W niezwykły sposób ułatwia im, czy też może ułatwiać, ziemskie życie i otwiera przed nimi niesłychane horyzonty w poznaniu siebie samych czy świata, w którym żyją. Mimo to coś jest z nią nie w porządku.

Pozwólcie mi, żebym wykorzystał dzisiejszy uroczysty moment do rozważenia spraw, o których często myślę i do których wracam przy okazjach takich, jak dzisiejsza. Chciałbym się zastanowić nad przyczynami różnych niebezpieczeństw, które - mimo współczesnej, globalnej cywilizacji czy też często w jej efekcie - grożą dziś ludzkości, a także przede wszystkim nad sposobami przeciwstawienia się tym niebezpieczeństwom. Wiele najpoważniejszych problemów dnia dzisiejszego bierze się moim zdaniem stąd, że globalna cywilizacja, o której tu mówię, mimo swej wszechobecności i powszechności ma charakter zaledwie naskórka ogólnej świadomości ludzkości - jeśli można użyć takiego pojęcia. Jest bowiem czymś niesłychanie świeżym, młodym, nowym i kruchym; ludzki duch przyswoił ją sobie z zawrotną szybkością, ale w istotny sposób przez to się nie zmienił. Ludzkość rozwijała się bowiem przez długie tysiąclecia w środowisku bardzo różnych cywilizacji i kultur, które stopniowo kształtowały - w bardzo różny sposób - style ludzkiego myślenia, stosunek człowieka do świata, modele jego zachowania i wartości, jakie wyznaje. Dlatego współczesny ogólnoświatowy i niemal jednolity "naskórek" cywilizacyjny w sumie tylko zakrywa czy przesłania niezwykłą różnorodność kultur, narodów, wyznań, tradycji historycznych i sformowanych przez nie postaw życiowych, które skrywają się "głębiej".

Jednocześnie to, co jest "pod spodem", wraz z rozwojem cywilizacyjnego naskórka zaczyna coraz wyraźniej domagać się głosu i prawa do życia. Dlatego równolegle do tego, że cały świat coraz wyraźniej przyswaja sobie wspólne elementy cywilizacyjne, przebiega inny, odwrotny proces: odżywają dawne tradycje, budzą się do nowego bytu różne religie i różne kultury, szukają dla siebie przestrzeni życiowej i coraz energiczniej walczą o to, co jest tylko im własne i co odróżnia je od innych. W efekcie walczą także o polityczny wyraz swej samodzielności. Mówi się często, że żyjemy w czasach, kiedy każda dolina domaga się niezależności albo wręcz się o nią bije. Wiele narodów czy choćby ich części walczy przy tym z dzisiejszą cywilizacją czy też jej głównymi reprezentantami o prawo do oddawania czci swym prastarym bogom i do poszanowania prastarych nakazów - często za pomocą broni, jaką dała im właśnie ta cywilizacja. Radary, komputery, lasery, gazy bojowe, a w przyszłości może nawet broń nuklearna, mają pomóc w uratowaniu dziedzictwa czy wartości dawnych czasów przed zagładą, jaką gotuje im świat współczesny - ten sam, który wszystkich wyposażył w te osiągnięcia.
Tymczasem w odróżnieniu od zdobyczy technologicznych pozostałe wymiary tej cywilizacji - choćby demokracja czy idea praw człowieka - w wielu miejscach świata nie są przyjmowane, ponieważ chodzi rzekomo o zasady obce miejscowym tradycjom. Innymi słowy: euro-amerykański świat wyposażył inne części kuli ziemskiej w instrumenty, które w ogólnoświatowej skali mogą skutecznie rozbijać nie tylko wartości oświeceniowe - które umożliwiły powstanie owych narzędzi - ale wręcz mogą zniszczyć samo ludzkie współżycie na ziemi.

Co z tego wynika?
Jestem przekonany, że ten stan rzeczy stanowi całkowicie jasne wyzwanie nie tylko dla świata euro-amerykańskiego, ale dla całej współczesnej cywilizacji. Wyzwanie ku temu, aby zaczęła sama siebie konsekwentnie traktować jako cywilizację multikulturalną i multipolarną, której sensem nie jest niszczenie samodzielności różnych kręgów kulturowych czy cywilizacyjnych, ale przeciwnie - umożliwienie im, aby pełniej czuły się sobą. Jest to możliwe do zrealizowania czy w ogóle do pomyślenia tylko wtedy, gdy wszyscy przyjmą kodeks wzajemnego współistnienia, jakieś wspólne minimum, które każdy jest w stanie zaakceptować i które umożliwi, że w ogóle będziemy potrafili trwale żyć obok siebie. Taki kodeks nie ma jednak żadnych szans, jeśli będzie tylko dziełem jednych, którzy zmuszą do jego stosowania drugich. Powinien być wyrazem autentycznej woli wszystkich, wyrastającej z ich prawdziwych korzeni duchowych ukrytych pod "naskórkiem" cywilizacji. Rozpowszechniany jedynie poprzez pory owego "naskórka" na sposób reklam Coca-Coli - czyli tylko jako towar proponowany jednym przez drugich - z trudem mógłby się głęboko i prawdziwie przyjąć. Czy jest w ogóle możliwe, żeby ludzkość podążyła tą drogą? Czy nie jest to zwykła, pusta utopia? Czy ludzkości nie wymknął się z rąk jej własny los już do tego stopnia, że skazana jest na powolną zagładę we wciąż twardszej i technicznie doskonalszej walce kultur; że nie potrafi już zwalczyć fatalnej niezdolności do zjednoczenia się w obliczu grożących jej katastrof - ekologicznych, społecznych, populacyjnych czy ogólnie cywilizacyjnych?

Nie wiem. Nie tracę jednak nadziei, tym bardziej że wciąż na nowo przekonuję się, iż gdzieś najgłębiej w korzeniach - jeśli nie wszystkich, to przynajmniej większości kultur - zaklęte jest coś bardzo podobnego; coś, co - gdyby wszędzie istniał ku temu dostatek dobrej woli - mogłoby się stać rzeczywiście jednoczącym fundamentem nowego kodeksu ludzkiego współżycia. Takiego kodeksu, który byłby rzeczywiście mocno zakorzeniony w najrozmaitszych tradycjach ludzkiego rodu. Szacunek dla tego, co nas przerasta - czy mamy tu na myśli tajemnicę bytu czy też kodeks moralny ponad nami; pewne imperatywy, które docierają do nas skądś z nieba, z przyrody czy naszych serc; poczucie wiecznego trwania naszych poczynań; szacunek dla bliźniego, dla rodziny i dla pewnych naturalnych autorytetów; szacunek dla ludzkiej godności i dla natury; poczucie wspólnoty i życzliwość dla gościa, który przybywa z dobrymi zamiarami - czyż tego wszystkiego nie odnajdujemy gdzieś w fundamentach w większości kultur i religii, choćby miały one tysiąc różnych konkretnych form? Czyż tym, co może ludzi różnych kultur najmocniej połączyć, nie jest wspólne pochodzenie czy wspólne korzenie rozmaitych duchowości, z których każda jest tylko innym rodzajem ludzkiego rozumienia rzeczywistości? I czy podstawowe nakazy tej archetypalnej duchowości nie są zgodne z tym, co nawet współczesny bezwyznaniowiec - sam nie wiedząc dlaczego - uważa za słuszne i właściwe?

Naturalnie nie chodzi o to, by zmuszać dzisiejszego człowieka, żeby czcił jakieś pradawne bóstwa, oddawał im pokłony i wnosił do swego życia rytuały, które od dawna są mu obce. Chodzi o coś innego: żeby różne formy ludzkiej duchowości zrozumiały swój wzajemny, głęboki związek czy pokrewieństwo i aby przypomniały sobie duchowe czy moralne treści, jakie pierwotnie miały i które wyrastają z tego samego, podstawowego, wewnętrznego doświadczenia człowieka. Wierzę, że jest to jedyna droga do prawdziwej odnowy odpowiedzialności człowieka za siebie i za świat. A zarazem jedyna droga do głębszego porozumienia między kulturami, które umożliwi im rzeczywiście ekumeniczną współpracę w tworzeniu nowego ładu światowego. Cywilizacyjny "naskórek", pokrywający dzisiejszy świat i ludzką świadomość, jest, jak wszyscy wiemy, czymś ze swej natury bardzo dwuznacznym. Wartości, na których się opiera i które propaguje, jednocześnie bowiem na każdym kroku podaje w wątpliwość. Tysiące fantastycznych zdobyczy cywilizacyjnych, które nam tak wspaniale służą i są w stanie wzbogacać nasze życie, mogą równie dobrze nasze życie beznadziejnie zubożać, spłaszczać czy niszczyć. I często to robią. Wiele z nich zamiast służyć człowiekowi, tylko go zniewala. Zamiast pomagać mu w rozwijaniu jego tożsamości, skutecznie go jej pozbawia. Nie ma prawie wynalazku czy odkrycia - od rozbicia jądra atomu poprzez odkrycie genów aż po komputery i telewizję - które nie mogłoby obrócić się przeciwko człowiekowi i przyczynić się do jego zguby.

Sprawia to wrażenie, jakby w naszej epoce była niebywale rozwijana tylko jedna część ludzkiego mózgu - ta racjonalna, która dokonuje wszystkich neutralnych moralnie odkryć, podczas gdy katastrofalnie pozostaje z tyłu druga część - ta, która powinna strzec, aby wszystkie te odkrycia rzeczywiście służyły człowiekowi, a nie go niszczyły. Jest faktem, że niezależnie od tego, nad jakim bym się nie zastanawiał problemem współczesnej cywilizacji, zawsze w końcu natknę się na kwestię ludzkiej odpowiedzialności, która nie jest w stanie dotrzymać kroku rozwojowi cywilizacyjnemu i sprawić, aby nie zwracał się przeciw ludzkiemu plemieniu. Jakby po prostu świat zaczynał nas przerastać.

Drogi powrotnej nie ma; tylko naiwny marzyciel może sądzić, że rozwiązanie polega na jakimś zakazie cywilizacji. Zadaniem nadchodzącej epoki jest coś innego: radykalna odnowa ludzkiej odpowiedzialności. Nasze sumienie musi wreszcie dogonić nasz rozum, bo w przeciwnym razie będziemy zgubieni!
W moim głębokim przekonaniu można to osiągnąć tylko w jeden sposób: że zaczniemy się pozbywać egoistycznego antropocentryzmu, według którego jesteśmy panami wszechświata i możemy robić, co tylko nam przyjdzie do głowy; że odnajdziemy nowy stosunek i szacunek do tego, co w nieskończony sposób nas przerasta: do wszechświata, ziemi, natury, życia i rzeczywistości. Nasz szacunek dla drugiego człowieka, dla innego narodu i innej kultury może wyrosnąć tylko z pełnego pokory szacunku dla porządku kosmicznego i ze świadomości, że jesteśmy jego częścią, że w nim uczestniczymy i że nasze czyny nie giną, ale są zapisywane w wiecznej pamięci bytu i tam oceniane.

Lepszą przyszłość losu ludzkości widzę więc w jakimś uduchowieniu naszej cywilizacji. Nie chodzi tu tylko o to, aby zrozumiała swą multikulturowość i we wspólnych korzeniach wszystkich kultur odnalazła inspirację do tworzenia nowego ładu na świecie. Chodzi także o to, aby nad swymi duchowymi korzeniami zastanowiła się przede wszystkim ta część świata, która tę cywilizację stworzyła - to znaczy euro-amerykański krąg kulturowy - i aby właśnie ona - która nauczyła ludzkość tej zgubnej pychy - teraz stała się przykładem w poszukiwaniu nowej pokory. Prowadzenie ogólnych rozważań tego typu nie jest z pewnością szczególnie trudne i nie ma w nich niczego radykalnie nowego. W opisywaniu kryzysu czy nędzy świata, który tworzymy i za który ponosimy współodpowiedzialność, my - ludzie współcześni - jesteśmy mistrzami. Z jego naprawianiem już tak dobrze nam nie idzie. Co więc konkretnie robić?

"Nie wierzę w jakieś uniwersalne klucze czy lekarstwa i nie jestem zwolennikiem tego, co Karl Popper nazwał holistyczną inżynierią społeczną. Nie wierzę w to tym bardziej, że całe swoje dorosłe życie musiałem przeżyć w sytuacji, w której usiłowano zrealizować holistyczną utopię marksistowską. Dlatego wiem swoje o pomysłach tego typu. Nie zwalnia mnie to jednak z obowiązku zastanawiania się nad tym, jak dążyć do tego, aby świat był lepszy. Z pewnością nie będzie łatwe obudzenie w człowieku nowej odpowiedzialności za świat czy zdolności do zachowywania się w taki sposób, jakby miał zawsze mieszkać na tej ziemi i jakby kiedyś miał być sądzony za stan całego świata. Kto wie, ilu strasznych kataklizmów będzie musiała ludzkość doświadczyć, nim w szerszym stopniu obudzi się taka odpowiedzialność. Nie znaczy to jednak, że ci, którzy chcą, nie mogą zacząć natychmiast. Jest to wielkie zadanie dla nauczycieli, wychowawców, intelektualistów, księży, artystów, przedsiębiorców, dziennikarzy i w ogóle wszelkiego rodzaju działaczy publicznych.

Przede wszystkim jest to jednak zadanie dla polityków. Oni bowiem, nawet w najbardziej demokratycznych ustrojach, posiadają ogromną władzę. Może nawet większą, niż sami sobie uświadamiają. Polega ona nie tylko na ich kompetencjach, zresztą dość ograniczonych. Kryje się w czymś innym: w mimowolnym wpływie, jaki ich charyzmat wywiera na opinię publiczną. Sądzę, że głównym zadaniem współczesnej generacji polityków nie jest przypodobanie się społeczeństwu swymi decyzjami czy swymi telewizyjnymi uśmiechami do tego stopnia, aby mogli zwyciężać w kolejnych wyborach i aby utrzymali się w kręgu władzy aż do końca swych dni. Ważne jest coś innego: wzięcie na siebie współodpowiedzialności za długoterminowe perspektywy świata, w którym żyjemy, i bycie przykładem tej współodpowiedzialności dla wszystkich innych, którzy na nich patrzą. Ich obowiązkiem jest odważne wybieganie myślami naprzód. Nie mogą się bać niechęci tłumu, ale powinni uduchowić swe poczynania - co naturalnie jest czymś innymi niż ostentacyjny udział w modlitwach tego czy innego Kościoła. Powinni nieustannie tłumaczyć opinii publicznej i swym kolegom, że polityka w dzisiejszych czasach musi być czymś innym i czymś więcej niż tylko refleksją tych lub innych interesów grupowych czy odpowiedzią na życzenia tych lub innych lobbies. Polityka jest przecież służbą innym, czyli praktykowaną moralnością. A jak można dziś lepiej służyć innym i praktykować moralność niż w taki sposób, że w globalnej i globalnie zagrożonej cywilizacji polityk będzie szukał swej globalnej odpowiedzialności - to znaczy odpowiedzialności za samo przeżycie rodu ludzkiego?

Nie wierzę, że polityk, który pójdzie tą ryzykowną drogą, nie ma szans na polityczne przetrwanie. Jest to złudzenie opierające się na przeświadczeniu, że obywatel jest głupcem i że warunkiem politycznego sukcesu jest podporządkowanie się głupocie. Tak nie jest. W każdym człowieku drzemie sumienie, drzemie w nim coś boskiego. I na to powinno się stawiać.
Znajduję się na terenie chyba najbardziej znanego uniwersytetu w najpotężniejszym kraju świata. Pozwólcie mi więc na kilka słów na temat polityki mocarstw. Wydaje mi się oczywiście, że ci, którzy mają największą władzę i wpływy, ponoszą też największą odpowiedzialność. Stany Zjednoczone Ameryki, czy im się to podoba czy nie, są dziś chyba najbardziej odpowiedzialne za kierunek, w jakim będzie się nasz świat rozwijał. Dlatego właśnie przede wszystkim one powinny poddać tę odpowiedzialność głębokiej refleksji.

Izolacjonizm nigdy w Ameryce się nie opłacił. Gdyby wcześniej przystąpiła do I wojny światowej, z pewnością nie musiałaby zapłacić tyloma ofiarami. To samo dotyczy II wojny. Przypominam sobie, że kiedy Hitler szykował się do napaści na Czechosłowację, by w ten sposób po raz ostatni wypróbować brak odwagi zachodnich demokracji, wasz prezydent napisał do naszego list z apelem, aby - na Boga - jakoś się z Hitlerem porozumiał. Gdyby wtedy nie oszukiwał sam siebie i całego świata mrzonką, że z tym szaleńcem można się dogadać i trochę wyszczerzył zęby, być może nie musiałoby dojść do II wojny światowej i nie musiałoby w niej paść dziesiątki tysięcy młodych Amerykanów. Gdyby tenże prezydent - pod innymi względami wspaniały człowiek - powiedział przed końcem wojny wyraĄne "nie" Stalinowi, zdecydowanemu dzielić świat, być może nie musiałaby przyjść zimna wojna, która kosztowała Stany Zjednoczone setki tysiące miliardów dolarów. Proszę was, nie popełniajcie już nigdy takich błędów! Zawsze bowiem płaciliście za nie również wy sami!

Nie uciekniecie od odpowiedzialności, która spoczywa na was jako najpotężniejszym państwie świata. I nie chodzi tylko o przeciwstawianie się tym, którzy chcieliby znów dzielić świat na strefy interesów czy mieliby ochotę podporządkować sobie innych, słabszych. Chodzi o znacznie więcej: o uratowanie ludzkiego rodu. O to, o czym już mówiłem: o zrozumienie dzisiejszej cywilizacji jako cywilizacji multikulturowej i multipolarnej, o zwrócenie spojrzenia ku podstawowym, duchowym Ąródłem ludzkich kultur, a przede wszystkim własnej kultury. I o czerpanie z tych Ąródeł ludzkich kultur, a przede wszystkim własnej kultury. I o czerpanie z tych Ąródeł siły do wspaniałomyślnego i odważnego budowania nowego ładu świata. Byłem niedawno na uroczystej kolacji, zorganizowanej przy okazji znaczącej rocznicy. Uczestniczyło w niej około 50, a może i więcej głów państw. Nie chodziło o żadne rozmowy polityczne, lecz o zdarzenie towarzyskie - o protokolarny, zwyczajowy wyraz szacunku dla obecnych, którzy przyjechali oddać hołd pamięci bohaterów i ofiar największej wojny w historii ludzkości.
Wręczono nam plan rozsadzenia przy stołach i z zaskoczeniem stwierdziłem, że przy sąsiednim stole siedzą nie tylko konkretni przedstawiciele konkretnych państw, jak przy pozostałych, ale że będzie tam konsumować kawior i szampana grupa osób oznaczonych na planie jako "stali członkowie Rady Bezpieczeństwa NZ i członkowie G7".

Miałem mieszane uczucia. Z jednej strony pomyślałem sobie: to wspaniałe, że najpotężniejsi i najbogatsi tego świata często się widują, że nawet przy okazji tej kolacji mają możliwość lepiej się poznać i w sposób nieformalny ze sobą porozmawiać. Z drugiej jednak strony odczułem pewne mrowienie po plecach. Było bowiem jasne, że wśród wszystkich pozostałych stołów jest tu jeden wyraĄnie inny, szczególnie ważny - stół mocarstw. I nie potrafiłem odpędzić od siebie dość zwariowanej myśli, że przy tym szczególnym stole będą znów między sobą dzielić czy kroić jak szprotki nas wszystkich, siedzących przy innych stołach, nie pytając wcale o nasze zdanie. Być może ten cały obraz jest wytworem bujnej fantazji byłego (a może też przyszłego) dramatopisarza, ale chciałem tu o tym powiedzieć z jednego prostego powodu: żeby pokazać straszliwą różnicę między odpowiedzialnością mocarstw a ich pychą. Twórca owego planu rozsadzenia przy stołach - z pewnością nie był nim żaden z obecnych prezydentów - nie kierował się bowiem poczuciem odpowiedzialności za świat, tylko zwykłą pychą silnego. Proponuję coś innego: pokorną odpowiedzialność za świat.

Istnieje dziś wielka szansa na współistnienie narodów czy kręgów cywilizacyjnych, kulturowych i religijnych i powinna ona zostać w maksymalnym stopniu wykorzystana. Jest nią tworzenie, powstanie i rozwój wspólnot ponadnarodowych czy regionalnych. Takich wspólnot jest dziś na świecie wiele. Odznaczają się różnym charakterem i różnym stopniem integracji. Wierzę w tę drogę. Wierzę w znaczenie organizmów, które sytuują się gdzieś w połowie drogi między państwem narodowym a wspólnotą światową i które mogą być znaczącym pośrednikiem w ogólnoświatowej komunikacji i kooperacji. Uważam, że w dzisiejszym świecie - gdzie każda dolina domaga się niezawisłości - takie integracyjne dążenia trzeba zdecydowanie popierać. Nie powinna to być jednak integracja stanowiąca cel sam w sobie, integracja dla integracji. Musi to być jeden z wielu instrumentów, które umożliwiają, aby każdy pozostał sobą i zarazem, aby wszyscy byli zdolni do wzajemnej współpracy. To znaczy: jeden z instrumentów umożliwiających integrację czy lepszą komunikację - wzajemną i z resztą świata - państwom i narodom, które pod względem geograficznym, cywilizacyjnym, narodowościowym, kulturalnym i gospodarczym są sobie bliskie i które mają wspólne interesy bezpieczeństwa. Wszystkie takie wspólnoty regionalne powinny się przy tym wyzbyć obaw, że inne podobne ugrupowania są wymierzone przeciw nim. Regionalne grupy, tworzone w kręgu o podobnych tradycjach i podobnej kulturze politycznej, powinny być naturalnym elementem skomplikowanej architektury politycznej dzisiejszego świata, a ich wzajemna współpraca - naturalnym składnikiem ogólnoświatowej współpracy. Dlatego dopóki Rosja będzie myślała, że poszerzenie NATO o kraje, które w swym przekonaniu należą do tej przestrzeni kulturalno-politycznej, której obrona jest celem Sojuszu, wymierzone jest przeciw niej, będzie to oznaczało, że nie zrozumiała wyzwania tych czasów.

Najważniejszą ogólnoświatową organizacją jest ONZ. Sądzę, że 50. rocznica jej powstania mogłaby stanowić okazję do refleksji nad tym, jak tchnąć w nią nowy etos, nową siłę, nowy sens i jak przekształcić ją w najistotniejszą przestrzeń dobrej współpracy wszystkich kultur współczesnej cywilizacji całej naszej planety. Ani jedno, ani drugie - czyli ani umacnianie struktur regionalnych, ani umacnianie ONZ - samo w sobie nie uratuje jednak świata, jeśli nie będzie w tym tego potencjału duchowego, w którym upatruję jedyną nadzieję na to, że ludzki ród przeżyje następne tysiąclecie.

Wspomniałem o tym, co powinni robić politycy. Jest jednak jeszcze inna siła, która ma przynajmniej równie wielki wpływ na ogólny stan myśli, jak politycy, a może nawet większy. Tą siłą są współczesne mass media. Ich dwuznaczną potęgę uświadomiłem sobie w pełni dopiero w chwili, kiedy los rzucił mnie w wielką politykę. Ta dwuznaczność współczesnej cywilizacji, o czym mówiłem przed chwilą. Dzięki telewizji świat w ciągu jednego wieczoru dowiaduje się, że istnieje państwo pod nazwą Rwanda, gdzie ludzie strasznie cierpią; dzięki telewizji jest w ogóle możliwe, aby tym cierpiącym choć trochę pomóc. Dzięki telewizji w jednej chwili świat dowiaduje się, jak potworna rzecz wydarzyła się w Oklahomie, więc może na chwilę uciszyć się i potraktować to jako wielką przestrogę dla wszystkich. Dzięki telewizji cały świat wie, że istnieje międzynarodowo uznane państwo pod nazwą Bośnia i Hercegowina i że wspólnota międzynarodowa od chwili jego uznania bez skutku próbuje je podzielić na kilka groteskowych minipaństewek - zgodnie z wolą jakichś bojowników, których nikt nigdy nie uznał za niczyich legalnych reprezentantów. To jest wspaniała strona współczesnych mediów - szczególnie ich programów informacyjnych. Ludzkość powinna być wdzięczna tym wszystkim odważnym reporterom, którzy całkiem dobrowolnie ryzykują życie wszędzie tam, gdzie dzieje się coś złego, aby obudzić sumienie świata. Jest jednak i druga, mniej jasna strona telewizji. Ta, która lubuje się w okropnościach świata czy w niewybaczalny sposób je banalizuje i która zmusza polityków, by stali się gwiazdami przede wszystkim telewizyjnymi. Ale gdzie jest napisane, że dobra gwiazda musi być dobrym politykiem?

Wciąż na nowo ze zdziwieniem uświadamiam sobie, jak bardzo jestem zależny od telewizyjnych reżyserów i montażystów. Mój publiczny wizerunek w znacznie większym stopniu zależy od nich niż ode mnie samego. Zdumiewa mnie, jak ważne jest, czy potrafię się w telewizji odpowiednio uśmiechać albo dobrać właściwy krawat; jak mnie telewizja zmusza do ubierania myśli w jak najprostsze zdania, w zwykłe bonmoty, slogany czy okrzyki; jak bardzo mój telewizyjny obraz różni się do mojej prawdziwej postaci. Zdumiewa mnie to, bo obawiam się, że nie służy to niczemu dobremu. Znam polityków, którzy już nauczyli się widzieć siebie tylko oczami telewizji i których telewizja całkowicie pozbawiła własnej osobowości. Ci ludzie zmieniają się w jakieś telewizyjne cienie samych siebie i mam obawy, że już nawet mimowolnie śpią w taki sposób, żeby to dobrze wyglądało w telewizji. Nie gniewam się na telewizję czy na gazety, że przekręcają to, co powiedziałem, albo że to skracają do jakiegoś potworka. Nie gniewam się na nie za to, że sukces czy upadek polityka zależy w większym stopniu od nich niż od niego samego. Interesuje mnie coś innego: odpowiedzialność tych, którzy mają media w swych rękach. Oni bowiem także ponoszą odpowiedzialność za świat. Od nich też zależy, co się stanie z ludzkością. Telewizja potrafi bowiem z zawrotną szybkością, niezwykle sugestywnie i w skali, jakiej nie da się z niczym porównać, szerzyć zarówno ducha porozumienia i człowieczeństwa, ludzką solidarność i duchowość, jak też ogłupiać całe narody i kontynenty. I podobnie jak od odpowiedzialności człowieka zależy, w jaki sposób wykorzysta energię jądrową, tak samo tylko od niego zależy, jak skorzysta z tego, że dzięki wynalazkowi telewizji może wkroczyć praktycznie do każdego domu czy wręcz do każdej ludzkiej myśli.

Czy nasz świat zdoła się uratować przed tym, co mu zagraża, zależy przede wszystkim od tego, czy człowiek się opamięta, czy zrozumie ogrom własnej odpowiedzialności i czy odnajdzie nowy stosunek do cudu istnienia. Świat jest w rękach nas wszystkich, ale mimo to niektórzy mają na jego los większy wpływ niż pozostali. Im większy ktoś posiada wpływ - czy to polityk czy komentator telewizyjny - tym większe wymagania muszą dotyczyć jego odpowiedzialności i tym mniej powinien myśleć wyłącznie o swych prywatnych interesach.

Pozwólcie mi na koniec na jedno całkiem osobiste wyznanie. Urodziłem się w Pradze i przez całe dziesięciolecia w niej mieszkałem, nie mogąc normalnie studiować ani odwiedzać innych krajów. Mimo to moja matka nie wyrzekła się skrywanego i zupełnie zwariowanego marzenia, że kiedyś skończę studia na Harvardzie. Los sprawił, że ten jej sen się nie spełnił. Stało się jednak coś innego, coś, co nigdy nie przyszłoby matce do głowy: zdobyłem doktorat Harvardu, nie musząc tu studiować. Ale nie tylko to: było mi dane widzieć Singapur i wiele innych, egzotycznych miast, by zrozumieć, jaki ten świat jest mały i jak sam siebie dręczy wieloma problemami, które wcale nie musiałyby istnieć, gdyby ludzie znaleĄli dla siebie trochę więcej odwagi, trochę więcej nadziei, trochę więcej odpowiedzialności czy trochę więcej wzajemnego zrozumienia i miłości. Nie wiem, czy moja matka patrzy na mnie z nieba. Jeśli tak, to zapewne myśli, że mieszam się w sprawy, którymi mają prawo zajmować się wyłącznie ludzie, którzy skończyli studia nauk politycznych na Harvardzie. Mam nadzieję, że wy tak nie myślicie.

Tłumaczenie z języka angielskiego: Andrzej Jagodziński.

powrót


Partnerzy: Wydawca: