»Wprowadzenie

Na skrzyżowaniu kultur




Małymi furtkami,

o antropologii międzykulturowej i edukacji europejskiej opowiada profesor Joanna Nowicki w rozmowie z Tomaszem Ponikło

Uczestnicząc w Pani zajęciach z antropologii międzykulturowej, odnoszę wrażenie że fundament w Pani pracy stanowi filozofia dialogu. Zgadza się?

Tak. To nie przypadek, że zajęłam się analizą kultur nie w aspekcie socjologicznym czy komparatystycznym. Zawsze najbardziej interesowało mnie, o czym ludzie rozmawiają. Wyrażając się poprzez kultury, co zrobić, żeby były one narzędziem porozumienia a nie pretekstem do tworzenia nacjonalizmów, konfliktów albo przemocy psychologicznej.

Zasadnicza jest dla mnie myśl Józefa Tischnera. To ktoś, kto przeżył doświadczenia totalitaryzmów, kto doskonale wyczuwał czym jest przemoc. Był zakotwiczony w rzeczywistości, a nie tylko w abstrakcyjnej myśli filozoficznej, co często widzę u moich kolegów filozofów na Zachodzie. Co jest mi bliskie w myśli Tischnera: jego lekcją jest żywy człowiek. Teorie teoriami, ale w ostateczności oceniamy – jeśli ewentualnie ocenić musimy – żywego człowieka w konkretnym kontekście.

Właśnie to mnie interesuje na styku kultur. Nie pisanie teorii kultur, ale zobaczenie w jakim sensie te abstrakcyjne rozważania pomagają w rozumieniu nas samych, po to, żeby zaakceptować innych. Zainteresowało mnie również w nauce (w sensie scence) księdza Tischnera równoczesne uwrażliwienie na subiektywizm, na wolę każdego człowieka do pokazania się takim, jakim jest – to humorystyczne stwierdzenie „świnta prawda, gówno prawda i tyz prawda” to przypomnienie, że potrzeba nam trochę relatywizmu, żeby wyjść ze swojego punktu widzenia i dotrzeć do punktu widzenia innego człowieka. Ale nie wszystko jest „gówno prawda”. Myślę, że to jest siła doświadczenia księdza Tischnera: naraz poszukiwanie prawdy i świadomość, że jesteśmy wszyscy uwarunkowani tym, co przeżywamy i tym, kim jesteśmy. I wyrwać się z tego całkowicie nie potrafimy.

Czyli to będzie Pani metoda: zajmować się tym, co rzeczywiście dzieje się między żywymi ludźmi. Ale między ludźmi na „styku kultur”.

Tak. To są moje zainteresowania. Oczywiście najbardziej zajmuje mnie styk Wschód-Zachód Europy. Głównie Europa Środkowa i Zachodnia. Właśnie na tym styku padamy ofiarami dziedzictwa intelektualnego zimnej wojny i wiążących się z nią przesądów - głównie politycznych, ale też dotyczących naszego (nie wspólnego!) doświadczenia.

Pracuję na uniwersytecie, więc moim głównym polem obserwacji jest inteligencja. Nie mogę powiedzieć, żebym znała dobrze inne środowiska. Kiedy obserwuję środowiska inteligencji Polski i Francji, widzę niezliczoną liczbę nieporozumień, które wynikają z tego, co nazwałabym intelektualnymi przesądami. Bardzo mnie interesuje analiza stereotypów powielanych często przez osoby skądinąd wykształcone. Są one silnie zakotwiczone w obu krajach. I sprawiają, że obustronne zrozumienie jest bardzo trudne. Wyeliminowanie ich wymaga czasu i bardzo dużej otwartości – wymaga czegoś jeszcze, co jest trudne dla obu inteligencji: zrezygnowania z własnych piórek.

Te „pawie piórka” widzę przybierane przez kolegów na uniwersytecie z powodu posiadanej wiedzy, tytułów, tego, co się sobą reprezentuje w społeczeństwie. Tak długo, jak głównie tym się człowiek kieruje w pracy intelektualnej, do niczego ciekawego się nie dotrze. Wizyta księdza Tischnera na moim uniwersytecie była dla mnie wielką lekcją pokory. Nie wystarczy dobra wola, uprzejmość, chęć zaproszenia kolegi z innego uniwersytetu – a to była moja głęboka satysfakcja, że gościliśmy go przez miesiąc. Odnosiłam wrażenie, że tylko jedna dziesiąta jego osobowości dotarła do moich kolegów. Barierą absolutnie nie był język. Ksiądz Tischner władał biegle francuskim. To też przesąd, że wystarczy mówić w danym języku, żeby dotrzeć do słuchaczy. Nieprawda, myślę że nie dotarł. To była myśl tak inna od tego, do czego przyzwyczaili się filozofujący Francuzi i tak niewiele wiedzieli o kontekście, z jakiego ta myśl wychodziła, że w gruncie rzeczy skończyło się na powierzchownym wyrażeniu uznania i sympatii. Ale ta myśl nie została zgłębiona.

Czyli styk kultur w Pani przypadku oznacza styk Wschód-Zachód Europy. Na pewno warto dopowiedzieć kontekst Pani myśli. Ma Pani głębokie doświadczenie bycia na tym styku. I to nie tylko na poziomie uniwersytetów, ale codziennego życia.

Oczywiście. Jestem wcieleniem takiego problemu. Dokładnie w tym roku obchodzę pewną rocznicę: połowę życia spędziłam w Polsce a drugą połowę we Francji. Moja babka była urodzona we Francji i wychowana przez francuską matkę i ojca Polaka. Wpojono mi kulturę francuską w polskim domu. Ale nie podróżowałam, więc nie mogę powiedzieć, żebym była osobą wychowaną we francuskiej kulturze w Polsce. Tak było w przypadku pewnego pisarza rosyjskiego. Andrei Makine dostał nagrodę Goncourtów za powieść „Francuski testament” (Testament français). Napisał ją bezpośrednio po francusku i dostał najwyższą nagrodę literacką we Francji, żyjąc na Syberii. To nie mój przypadek, choć w jego książce odnajduję sporo własnych doświadczeń.

Wychowałam się w frankofilskim domu, ale w absolutnie polskiej rzeczywistości. Wybrałam studia nad kulturą francuską, romanistykę, prawdopodobnie spontanicznie dążąc do kontaktu z tą kulturą, która była obecna w moim domu. Teraz - żyjąc we Francji, ale dużo pracując na polskich uczelniach - można powiedzieć, że jestem człowiekiem pogranicza, o którym napisałam habilitację. Tytuł brzmi „Człowiek pogranicza. Esej o antropologii międzykulturowej”. To próba nadania wymiaru teoretycznego doświadczeniu życia nie tyle na styku kultur, ile w dwóch kulturach. A to bardzo duża różnica. To nie życie na granicy kultur - bo można powiedzieć, że na styku to nigdzie. A ja mam poczucie, że głęboko jestem zakorzeniona i w jednej i w drugiej. Kiedy dzieje się coś ważnego we Francji i w Polsce to reaguję prawdopodobnie z takim samym zainteresowaniem i już dziś być może z podobną dozą emocji.

Zastanawiałam się nad tym wychodząc od kwestii językowych, ale to pierwszy krok. Claude Hagège - teoretyk dwujęzyczności - powiedział jasno: dwujęzyczność to nie perfekcyjna znajomość dwóch języków. Dwujęzyczność to mentalne życie w dwóch kulturach i odgrywanie pewnej roli w obu społeczeństwach. W myśl tej definicji jest bardzo mało osób dwujęzycznych. Myślę, że to wielka szansa współczesnego świata, która została niektórym dana. Jeżeli ma się tę szansę, to można sobie pozwolić na głębszą analizę niż tylko na spoglądanie na innych z zewnątrz. Ja sobie pozwalam na krytyczne spojrzenie na jedną i drugą kulturę - ale bez rozdrapywania ran z powodu życia na wygnaniu. Gombrowicz, choć jest mi bardzo bliski, sprawia na mnie wrażenie człowieka pozbawionego ojczyzny. Szuka jej, ale nie odnajduje. Stąd stworzył teorię, że ojczyzną jest spotkanie spojrzenia zakochanych: ojczyzna tworzy się tam, gdzie młodzi chłopak i dziewczyna spotykają się spojrzeniem. To bardzo romantyczne stwierdzenie, ale oznacza de facto ból braku ojczyzny.

A tymczasem Pani ma dwie ojczyzny…

Tak, naprawdę odnoszę takie wrażenie. I gdyby dziś mi kazano wybrać jedną, to nie byłabym w stanie. Dlatego bardzo wierzę, że losy podobne do moich i dzielone przez bardzo dużą liczbę osób, nie muszą już być koszmarną konfrontacją dwóch światów. Wierzę, że prawdziwa, intelektualna Europa, pozwala dziś na dojście do czegoś, co nie jest tanim kosmopolityzmem, „byciem światowcem”, bo to głównie salony i snobizmy.

Moim zdaniem bycie wielokulturową osobą powolutku zaczyna być możliwe we współczesnej Europie. Bardzo dużo inteligencji pracuje w innym kraju niż kraj urodzenia, angażuje się we wspólne sprawy, ale niekoniecznie w swoim miejscu urodzenia. Nie jest to zawsze łatwe doświadczenie. Na przykład dziwne rozmowy z własną matką, której zawdzięcza się intelektualnie bardzo wiele, a której teraz nie można przekazać połowy swojego życia, bo ona nie mówi w tym drugim języku. Własnej matce przekładam na polski to, co publikuje po francusku. To olbrzymi wysiłek. Tym bardziej, że ona nie zna moich bezpośrednich doświadczeń z Francji i może mi tylko wierzyć na słowo. Ale wie kim jestem, więc zadaje dobre pytania.

Znajduje się więc Pani w sytuacji „tłumacza kultur”.

To jest nieustające ćwiczenie przekładania na inną rzeczywistość kulturową własnych doświadczeń i spostrzeżeń. Ale też lektur. Stąd moje nowe zainteresowanie przekładem literackim. Właśnie przygotowuje numer pisma „Hermes”. Pismo o komunikacji politycznej przygotowuje numer o przekładzie, tłumaczeniu. Stało się dziś oczywiste, że przekład literacki może być również zjawiskiem politycznym a nie tylko kulturowym. To, jaki jest, z jakiego języka się przekłada, kto co czyta w przekładzie, kto dociera do wiedzy z innego języka - staje się rzeczywistością polityczną.

Uderzający przykład to losy książki Normana Davisa. Historyk, specjalista od badań nad Europą Środkowowschodnia, którego książki przekładane są na bardzo wiele języków, nie został nie ma wydań francuskich swoich prac. Dlaczego Francuzi nie przetłumaczyli „Europe, a history”? Odpowiedź na to pytanie ma składową polityczną. Mówiąc w skrócie: dlatego, że we wstępie Davis, sądzę, że po części również pod wpływem sympatii do Europy Środkowowschodniej, burzy stereotypy intelektualne historiografii zachodnioeuropejskiej obowiązujące po drugiej wojnie światowej. Jedną z podstawowych doktryn tej historiografii jest podejście, że nie należy zbytnio denerwować Związku Radzieckiego i należy podawać, że główną jego zasługą było obalenie nazizmu, i zapomnienie o tym, że to też byli okupanci, a nie tylko wyzwoliciele. Tego się nie mówiło w szkołach zachodnich, a szczególnie w krajach o silnej tradycji lewicowej, jak Francja. A ta książka pokazuje to w sposób bardzo istotny, więc w jakiś sposób przeszkadza.

Jak widać, humanistyka może być zaangażowana, może być rodzajem walki o prawdę nawet na poziomie zwykłych, spokojnych wykładów uniwersyteckich. I to dla mnie również jest styk kultur – walka o podręczniki, tematy wykładów na uniwersytecie, bibliografię, którą się proponuje studentom, zrezygnowanie z politycznej poprawności, która jest zawsze spłyceniem i która dominuje na wielu uniwersytetach zachodnioeuropejskich, gdzie bardzo wielu kolegów woli pewnych tematów nie poruszać: tematów drażliwych, trudnych, ale które humanistyka absolutnie powinna poruszać. Bo to jest również naszą rolą wobec młodzieży.

A jeśli Panią zapytam, czy rozumie Pani swoją rolę jako „rzecznika porozumienia” między kulturami, to jaka będzie Pani odpowiedź?

Nie wiem czy to trafne sformułowanie. Boję się języka ONZ-etowskiego, który dokładnie tak brzmi. UNESCO przegłosowało wielki dokument o dialogu kultur i różnorodności kulturowej, który ma się stać dokumentem prawdopodobnie włączonym do zbioru praw człowieka. Myślę zresztą, że słusznie. Ale walkę o zachowanie różnorodności kulturowej można dziś chyba porównać do walki o zachowanie bardzo rzadkiego gatunku motyla – tylko w imię tego, że ten motyl jest piękny i szkoda, żeby został zniszczony. Podobnie jest z chronieniem języków czy rzadkich kultur.

Ale niebezpieczeństwo takiego myślenia to oczywiście skansen. Możemy to zobaczyć na przykładzie działania partii komunistycznych we Wschodniej Europie. Zrobiono wówczas z kultur obiekt zastygły, co widać szczególnie na przykładzie klasyki. Klasyczny teatr czy klasyczna muzyka były honorowane w tzw. bloku wschodnim. Często nawet z zazdrością koledzy z Zachodu patrzyli, ile osób chodziło do teatru, opery, filharmonii, jak wysoki był poziom interpretacji sztuki klasycznej u wschodnich sąsiadów. Ale dlaczego to było robione? Dlatego, że bardzo łatwo jest obronić kanon klasycznej kultury, który nie jest groźny dla współczesnych. Klasyka jest rzadko kulturą zaangażowaną we współczesność, chyba że się ją zinterpretuje na nowo. Tak było z zakazem przedstawienia „Dziadów” w 68 roku: to od tego zaczął się bunt młodzieży przeciwko komunizmowi w Polsce. Ale takie sytuacje zdarzają się niezwykle rzadko, głównie w czasach okupacji.

Jeżeli dziś pewne kultury, które nie umieją się bronić same, zaczną być chronione przez organizacje międzynarodowe w sposób ideologiczny, może to doprowadzić do skansenu. A takiego skansenu bardzo się boję. Także w działalności akademickiej. I widzę takie zagrożenie u kolegów interesujących się Trzecim Światem, którzy są właśnie takimi „działaczami na rzecz porozumienia” tak zwanego Południa z tak zwaną Północą. Trudno mi z nimi nawiązać dialog. Myślę że to jest nowa ideologia pacyfistyczna, ktora wyrosła na odrzuceniu kolonializmu i imperializmu kulturowego. Chcą oni pokazać, że ta niechlubna przeszłość jest winą Zachodu i najwyższa pora tę winę odkupić poprzez zainteresowanie tymi mniejszościowymi kulturami. Jest w tym, moim zdaniem, dużo ukrytego poczucia wyższości, podejścia jak do dziecka, z sympatią, pełna pobłażliwości. Taka postawa intelektualnej pobłażliwości: wprawdzie nie stworzyliście dzieł na miarę Szekspira, nie byliście w stanie wydać Heideggera, no ale macie piękne pisanki albo krajobrazy czy ładnie tańczycie. To bardzo niebezpieczne spojrzenie.

Bo nie ma tu płaszczyzny dialogu, ale jest jakaś wyrażana nie explicite wyższość. A nas interesuje właśnie przejście do dialogu.

Interesuje nas prawdziwy dialog. Prawdziwy dialog międzyludzki i od niego wychodząc międzykulturowy. A prawdziwy dialog to, po pierwsze - szczera konfrontacja. Po drugie - to jest zawsze trudne dla samego siebie, bo człowiek obdziera się z pewnych własnych szat, przyzwyczajeń, z którymi mu łatwiej żyć – to zrezygnowanie z opinii, które pozwoliły nam ułożyć sobie jakiś w miarę spójny światopogląd. Poza tym - takie zakwestionowanie pewników, wymaga ciężkiej pracy nad sobą bez gwarancji sukcesu. Można ponieść porażkę i zagubić się w tych poszukiwaniach.

Więc, to co mnie interesuje to praca nad sobą w kontaktach międzyludzkich i praca nad zbiorowym sobą, czyli swoją grupą, potem może nad narodem. Praca, która doprowadzi do tego, że jesteśmy w stanie zakwestionować pewne rzeczy, dopuścić do świadomości, że być może drugi ma nam coś do powiedzenia o człowieczeństwie i tym samym o nas samych. To na pewno nie jest myśl łatwego pacyfizmu, który może stać się ideologią a nie etyką. Czyli, jeśli miałabym to streścić: interesuje mnie etyka dialogu międzykulturowego, która jest zadaniem ambitnym, trudnym i niepewnym rezultatów. Jak wszystko, co dotyczy etyki: zamiast pewników mamy zmaganie się ze sobą i ze światem.

Ale zmaga się z tym nie tylko Pani. Za Pani sprawą z takimi problemami konfrontują się też Pani studenci. Wysyła ich Pani przecież często z Francji do Polski i w przeciwnym kierunku.

Nie tylko. Wydział, który prowadzę, ma umowy z Kolumbią, Rumunią, Wenezuelą. Moje refleksje o skansenie wynikaja z doświadczeń wyniesionych z Ameryki Łacińskiej. Studenci kolumbijscy pytali: no dobrze, ale jak nam Pani przełoży teorię o różnorodności kulturowej, kiedy mamy sześćdziesiąt języków, wszystkie są mniejszościowe, a my mówimy językiem okupanta? I kto ma walczyć o te sześćdziesiąt języków – państwo, które właśnie mówi w języku okupanta, pozarządowe organizacje? Czy te kultury przypominające skansen, to jest żywa kultura? To temat mało rozpracowany w Europie, tak zwanego przeżycia zanikających kultur (survivance culturelle). Tym się przejmują moi studenci w Bogocie, kiedy zastanawiają się, co zrobić, jeśli jest się w takim kraju wykształconym humanistą, żeby nie dopuścić do zniwelowania miejscowych kultur lub zamerykanizowania ich, albo zaprzepaszczenia - a równocześnie nie być w czymś sztucznym?

Niezwykle wierzę w podróże studentów. Popieram Erasmusa i wszelkie programy, które sprawiają, że studenci mogą spędzić wiele miesięcy w obcej kulturze, tylko choćby po to, żeby znaleźć się w innym systemie edukacyjnym. Samo to jest wartością. Własne dzieci wysłałam również na studia za granicę i widzę efekty zmiany w ich mentalności. Córka po rocznym pobycie w Kanadzie wróciła całkiem odmieniona, bo system kanadyjski zmusił ją do natychmiastowej konfrontacji z rzeczywistością, gdyż jest znacznie mniej abstrakcyjny niż system nauczania francuskiego.

To niezwykle ciekawe, jeśli człowiek może sobie wytworzyć własny system działania i myślenia, który nie jest zlepkiem, ale syntezą najlepszych rozwiązań różnych systemów edukacyjnych - bo każdy system ma coś wartościowego i wszystkie mają bardzo wiele wad wynikających na ogół z nie przemyślenia relacji tradycji ze współczesnością. Kiedy student wchodzi w inną kulturę, to momentalnie kwestionuje własną szkołę. Wyławia to, co mu się podoba u obcych profesorów i takiej syntezy dokonuje sam. Ja bardzo łatwo akceptuję na swoich zajęciach pewną kontestację metod, dlatego że pamiętam, jak sama to przeżywałam na styku Polska-Francja.

Obecnie odpowiadam za program studiów doktoranckich na Uniwersytecie Warszawskim. Wraz z kolegami francuskimi prowadzę program Mastera z nauk politycznych. Obrona prac dyplomowych odbywa sie przed jury składającym się z dwóch gremiów, a student musi przekonać jednych i drugich, żeby uzyskać ten europejski dziś dyplom. Myślę, że tego typu ćwiczenie intelektualne jest niezwykle wzbogacające. Mam zamiar rozwijać to w przyszłości również w Krakowie. Na obronie student musi doprowadzić do faktycznego dialogu kultur, bo przecież profesorowie są z różnych kultur. To uwieńczenie nie tyle pacyfistycznego głaskania się po głowie, że jesteśmy braćmi i nie kłócimy się albo, jak się mówi bardziej po laicku, że jesteśmy współobywatelami demokratycznej przestrzeni, ale że jesteśmy naprawdę Europejczykami - w tym znaczeniu, że rozumiemy, o czym mówimy.

Czyli projekt edukacji europejskiej jest jak najbardziej zadaniem.

Zadaniem do tej pory zaledwie rozpoczętym. Zaskakujące, że Unia Europejska zajmuje się drogami, handlem, buduje infrastruktury przemysłowe, a nie poświęca środków finansowych na budowanie europejskich campusów. Nie ma czegoś takiego, jak dotacje europejskie na tworzenie uniwersytetów europejskich. Jest oczywiście kilka przykładów temu przeczących, jak Natolin czy Brugia, ale te uczelnie zajmują się przygotowaniem młodzieży do pracy w instytucjach europejskich. Są to wyższe szkoły dla kadr aparatu urzędniczego zjednoczonej Europy, a nie uniwersytety kształcące Europejczyków we wszystkich dziedzinach nauki. Dla mnie to absolutne zaskoczenie. Dlaczego takie pieniądze, jakie ma Europa, nie są na przykład wkładane w sieć uniwersytetów, w których profesorowie, jak w średniowieczu, podróżowaliby na semestr, na dwa, wykładając? Studenci mieliby trochę szerszy kontakt niż przez Erasmusa, który jest bardzo dobry, ale nie wystarczający, z innymi kulturami. Poza tym europejskie uniwersytety mogłyby sobie pozwolić na programy niedokładnie zgodne z doktryną narodową danego kraju. Można by przedstawić taki i inny punkt widzenia, a student powinien móc je porównać i nie obawiać się, że dostanie złą ocenę, bo nie będzie się to podobało profesorowi osadzonemu w danej kulturze. Myślę, że jesteśmy bardzo daleko od tego.

Ministerstwa Edukacji Narodowej to ostatni bastion nacjonalizmów. Oczywiście ugrzeczniły się, zmieniły retorykę, ale de facto nikt nie chce popuścić ani krztyny z wychowania patriotycznego obywateli danego kraju. I nawet Niemcy, którzy ze wstydu za nazizm musieli zaniechać narodowego wykształcenia, wykładają coś w rodzaju europeistyki, robią to na modłę niemiecką. Jak Pan sam na pewno zauważył podczas tej wymiany, którą mieliśmy w naszej grupie, sami niemieccy studenci podkreślali, jak bardzo ich system jest hierarchiczny, oparty na snobizmach tytułów naukowych, jak wynika z niemieckiej historii, jak różni się od systemu anglosaskiego. To jest to, o czym tak mało się mówi, nie rozumiem dlaczego. Nie jest to temat obecny w debatach o Europie – a powinien być.

Prawdopodobnie nie jest to temat dlatego, że ludzie debatujący o edukacji sami są częścią systemów stworzonych przez ministerstwa edukacji narodowej, więc musieliby burzyć to, w czym sami uczestniczą. Pewną nadzieją w moim odczuciu, obserwując Polskę, Węgry, Czechy, jest tworzenie prywatnych uniwersytetów, które w pewnej mierze mogą wymknąć się z całkowitej kontroli ministerstwa edukacji. Ale tylko w pewnej mierze, bo jeśli chcą nadawać tytuły, dyplomy państwowe, to jest to w gestii ministerstwa, z którym muszą uzgodnić wiele spraw żeby uzyskać akredytacje. Taki system pozostawia istotną swobodę wyboru środowiska, w którym się będzie studiować. Francja praktycznie nie ma prywatnych uniwersytetów (poza Institut Catholique). To zastanawiające, że kraj wolności i praw człowieka, narzuca młodemu człowiekowi, który chce zdobyć wyższe wykształcenie humanistyczne tylko jeden styl wychowania, który nazywa się education nacionale. W innych dziedzinach taka możliwość istnieje: istnieją prywatne uczelnie managerskie, handlowe, techniczne.

Więc brakuje trzeciego punktu do spełnienia dialogu: zakwestionowania siebie.

Nie można zakwestionować siebie, jak się jest funkcjonariuszem państwowym, opłacanym przez to ministerstwo i jeżeli cała kariera człowieka zależy od oceny różnych instancji z tego ministerstwa. Nikt nie poprowadzi zajęć, które zagrożą jego pozycji. System sprawia, że jesteśmy w nim bardzo uzależnieni od państwa.

Może więc warto patrzeć na młode pokolenia jako na szansę wyjścia z tego błędnego koła?

Problem jest jeden: młodzi ludzie, których my teraz zatrudniamy na uniwersytecie, przechodzą przez konkursowy system egzaminacyjny, niezwykle trudny. Jest około stu kandydatów na stanowisko adiunkta na wyższej uczelni we Francji; z doktoratami i publikacjami. Ci ludzie są oceniani przez poprzednie pokolenie. Muszą się podporządkować wymogom konkursów, muszą być konserwatywni, żeby się dochrapać pozycji. Czyli mogą się zmienić dopiero potem. Widać więc, ile potrzeba czasu, najpierw żeby się dostać do tego środowiska, potem zostać tam zaakceptowanym, i dopiero, jak już człowiek niczego istotnego nie oczekuje od systemu, może zacząć próbować go zmieniać.

Ale jestem optymistką. Europa będzie na to odpowiedzią. My trochę tak działamy. Podpisałam umowę między prywatną uczelnią Wyższą Szkołą Europejską imienia księdza Tischnera w Krakowie i moim panstwowym uniwersytetem we Francji. Wymieniamy studentów. Moi studenci na pewno mają tutaj do czynienia z nieco innym spojrzeniem na rzeczywistość niż gdyby przyjechali na inną polską uczelnię. To są malutkie furtki, które otwieramy dzięki reformie bolońskiej, która do tego zachęca.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Joanna Nowicki jest profesorem na Université Paris-Est, Marne-la-Vallée, dziekanem Instytutu Hanna Arendt. Zajmuje się komunikacją i antropologią międzykulturową. Jest współautorką książek, między innymi, takich jak: „Grande Europe”, „Mythes et symboles politiques de l’Europe Centrale”, „Dissidences”, „Europe, danse sur les limites” i licznych artykułów z dziedziny antropologii międzykulturowej. Jej rozprawa habilitacyjna pod tytułem „L’homme des confins, pour une anthropologie interculturelle” będzie opublikowana wkrótce w wydawnictwie CNRS. Joanna Nowicki jest również członkiem redakcji pisma Hermès zajmującego się komunikacją polityczną. W Polsce prowadzi polsko-francuskie europejskie studia doktoranckie przy Uniwersytecie Warszawskim i SGH oraz kursy antropologii w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. J. Tischnera.

powrót


Partnerzy: Wydawca: