|
|
Jacques Delors, Europa i kultura. Z pewnością znacie wszyscy powiedzenie przypisywane Jeanowi Monnetowi, którego tak naprawdę nigdy nie wypowiedział: "gdyby można było zacząć od nowa, zacząłbym od kultury". Jest ono cytowane coraz częściej, jakby w celu wykazania, że sami ojcowie-fundatorzy przyznawali w późniejszym czasie, że obrali złą drogę. I przytaczane jest jako argument, ujawniający Europę materialistyczną, bez duszy, bez ciała i bez smaku. To Europa kupców, Europa sklepikarzy, oto często słyszane wyrażenia. To powiedzenie J. Monneta skłania mnie do dwóch refleksji. Pierwsza, że należy sobie raczej gratulować, że budowanie Europy nie przebiegało w ten właśnie sposób: dobrze się stało, że zaczęto od ekonomii; bylibyśmy bowiem bardzo zarozumiali rozpoczynając budowę europejską od kultury. Bylibyśmy zarozumiali, bo Europa kultury nie była do wymyślenia. Jakby trzeba było czekać na dni, które nastąpiły po drugiej wojnie światowej, żeby położyć podwaliny pod kulturę europejską... Tę kulturę europejską, która istnieje, odkąd istnieją intelektualiści, powieściopisarze, artyści: wystarczy przypomnieć, że w przeszłości Europa przeżyła co najmniej dwa apogea: chodzi mi o Europę uniwersytetów europejskich, gdy żadnemu studentowi paryskiemu w XIII wieku nie przyszłoby do głowy dziwić się, że za rektora ma Niemca Alberta Wielkiego lub Włocha Tomasza z Akwinu. Myślę też oczywiście o Europie oświeceniowej, o tej "ogromnej republice umysłów wykształconych", o których mówił Wolter, a którego archetypem jest Książę de Ligne. Bliżej naszych czasów, Stefan Zweig odkrywa tę europejską kulturę, która, przed latami mroku, chlubiła się Paryżem czy Wiedniem. Trzeba było więc zrekonstruować gospodarkę europejską na kontynencie zrujnowanym przez wojnę i nienawiść, i ponownie nauczyć narody mówienia i wymiany. Sama wymiana była środkiem do odnalezienia Europy kultury. Krótko, nie dziwmy się więc, że traktat rzymski nie rozwijał zbytnio tematu kultury; jego autorzy nie byli barbarzyńcami ani nieokrzesanymi dyplomatami, i nie można z nich zrobić prostych technokratów zakochanych we wskaźnikach wzrostu i silnej monecie. Nie, być może oni właśnie znali historię na tyle dobrze, żeby zrozumieć, że w sprawach kultury władza polityczna nie może dyrygować, i zauważmy raczej mądrość w ich niby-niemocie w zakresie kultury. Ale ponieważ zdanie przypisywane J. Monnetowi stało się legendarne, spróbujmy dostrzec w nim wyraz jednocześnie pewności i zwątpienia - to moja druga refleksja. Pewności przedwczesnej tego, że zamykał się etap budowania europejskiego: przede wszystkim etap ekonomicznych działań wąskich elit. Najważniejsze w nim było prozaiczne, ale i okaleczające wzmacnianie entuzjazmu, mobilizowanie energii aż do granic zakochania się w Europie. Było to przekonanie, że trzeba przejść od strategii małych kroków do prawdziwego projektu politycznego i kulturowego. I nie chodziło tylko o narzucenie zasłony kultury na całość gospodarczą, jak dodaje się cukier, żeby zmniejszyć gorycz trucizny lub, jak wolicie, jak się wieńczy ciastko wisienką. Zwątpienie zaś dotyczyło, według mnie, kulturowego promieniowania Europy. J. Monnet wiedział niewątpliwie, co Paul Valéry powiedział o wczorajszej Europie w słynnym zdaniu, które przypominam: "Żadna inna część świata nie osiągnęła tej szczególnej właściwości fizycznej: najintensywniejsza moc emisyjna połączona z najintensywniejszą mocą absorbującą. Wszystko przybywa do Europy i wszystko z niej wypływa". Ta uwaga P. Valéry'ego może skłaniać do zastanowienia: czy to jeszcze prawda? Czy Europa nie boi się, że mniej oddaje niż absorbuje? A jeżeli tak, czy jest powołaniem zjednoczonej Europy, raczej bogatej, bycie jedynie miejscem przechowywania osłabionej kultury? Powiecie mi, że na nowo piszę historię i z pewnością będziecie mieli rację. Pozwólcie mi więc zwierzyć się z osobistego przekonania, które można ująć tak: Europa kultury musi zasilać Europę polityczną, jeśli nie, to ta ostatnia nigdy nie powstanie. Europie politycznej jest potrzebna Europa kultury Są po temu dwie główne racje. Pierwsza z nich to ta, że, w miarę jak przebiega, z rozprzestrzenieniem po świecie wymiany, zbliżenie naszych sposobów życia we wszystkich dziedzinach materialnych, w miarę jak następuje integracja polityczna i ekonomiczna Europy, to właśnie w zakresie kultury będziemy mogli lepiej i bez kompleksów utrwalić naszą różnorodność i nasz pluralizm. Ta różnorodność jest marką "fabryki europejskiej", jej głównym atutem. Świat kina i środków audiowizualnych z mocą nam przypomina, że to warunek naszego przetrwania moralnego i kulturowego. Ta różnorodność kulturowa jest jeszcze dziś ogromna. Zdajemy sobie sprawę, że kontrasty istnieją nawet na poziomie mentalności: deklarowany przez Francuzów pociąg do historii, pasja Niemców do ekologii, zainteresowanie Szwedów psychologią, a można by sięgnąć za pomocą analizy o wiele dalej. Ale nie wystarczy uznanie atutu, jakim jest różnorodność kulturowa Europy, trzeba też ją podtrzymywać. Wspomniałem o zwątpieniu, które podważa nasze przekonanie o zdolności promieniowania starego kontynentu. Ta różnorodność kultur nie powinna wyrażać się tylko w nostalgicznej czci dla dziedzictwa, lecz powinna być w sposób dynamiczny tworzona. Obecnie jest drugi powód konieczności spotkania dwóch światów, które zbyt długo były od siebie oddalone. Europa nie zbuduje się bez publicznej dyskusji, nie zbuduje się już bez zaangażowania intelektualistów i ludzi kultury. Karta odwróciła się od czasu Rady Europejskiej w Maastricht, od chwili, kiedy narody zainteresowały się budową europejską, nawet jeśli, a często tak było, miała być to krytyka. To zainteresowanie jest całkiem nowe, i nie można się dziwić, że czasem są niejasności i nieporozumienia; to cena, którą płacimy za długie lata, kiedy informacja, pedagogika, debata były niewystarczające. Ale od tej chwili, powtarzam, nic nie będzie tak, jak dawniej - i to bardzo dobrze. Najważniejszym czynnikiem zmian może być, a nawet powinien, udział intelektualistów w przygodzie europejskiej. Zbyt długo intelektualiści przechodzili obojętnie obok spraw budowania europejskiego, z godnym uwagi wyjątkiem prawników, którzy nie mogli nie interesować się tym budowaniem bez precedensu w relacjach międzynarodowych. Lecz od upadku muru berlińskiego wydają się nadrabiać stracony czas. Możliwe wytłumaczenie, oprócz innych, tej odnowy zainteresowania jest takie: odnalezienie dwóch Europ, to jakby dodanie duszy do przygody postrzeganej jako zbyt materialistyczna. Wraz z upadkiem muru berlińskiego zostaliśmy wywołani do odpowiedzi. Zostało wyznaczone nam nowe zadanie: wyciągać dłoń, pomagać, wymieniać, budować wspólnie. Zacytujmy Milana Kunderę, który od roku 1983 przypominał, że dla narodów: polskiego, czeskiego lub węgierskiego, "słowo Europa nie przedstawia zjawiska geograficznego, lecz pojęcie duchowe". Nawiasem mówiąc stwierdzam, że Europa kultury stanowi zapowiedź Europy rozszerzonej: zawiera ona niemal całą Skandynawię i otwiera się już na tę Europę Środkową i Wschodnią, bez której byłaby wdową po samej sobie. W każdym razie Europa zajmuje odtąd dobre miejsce w debatach i czasopismach; nie pojawia się już jako sprawa jedynie władców politycznych. Jest to dla nas satysfakcja i wielka nadzieja. Potrzebujemy bowiem nieustępliwej debaty o celowości i środkach budowania Europy. To intelektualiści mogą ożywić tę refleksję. Debata jest otwarta, bo Europa polityczna, którą trzeba zbudować, nie może przypominać niczego, co istnieje dzisiaj: jest ona do wymyślenia. Dlatego was potrzebujemy. Wierzcie mi, nie są to próżne słowa ani pochlebstwa. Od 1991 roku Komisja Europejska podjęła inicjatywę organizowania, kilkakrotnie w ciągu każdego roku, spotkań z kilkunastoma intelektualistami, naukowcami, lecz także z ludźmi Kościoła i duchownymi, wokół sprecyzowanego tematu. Wspólnie zastanawiamy się nad perspektywami Europy, jej odpowiedzialnością, jej zadaniami wobec reszty świata. Moja nadzieja w tym, że powstanie coraz więcej ośrodków i że świat kultury coraz bardziej będzie wzbogacał nasze przemyślenia, rozszerzy nasze perspektywy - krótko, uczłowieczy nas. Nie ma wspólnoty istniejącej bez kultury Jeżeli świat kultury ma za zadanie, jak sądzę, angażować się w budowanie europejskie, Wspólnota ma również swoją część zobowiązań. Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą. Niektórzy twierdzą, że różnorodność kulturowa Europy jest bardzo żywotna, i dochodzą do wniosku, że nie ma innej inicjatywy do podjęcia niż śledzenie naturalnego biegu wymiany i współpracy. Kultura nie potrafiłaby pozwolić się zamknąć traktatem, organizacją lub procedurami, to oczywiste: potraktowanie kultury jako jednego z wielu rozdziałów budowania europejskiego byłoby jednocześnie zdradą kultury i uchybieniem wobec Europy. Krótko, żeby nie było nieporozumień: Europa kultury, jeszcze bardziej niż inne, nie poddaje się zarządzaniu, dla tych, którzy w ciągu roku przekraczają sto i więcej razy granice wewnątrzeuropejskie, Europa kultury tworzy się każdego dnia w umysłach i w rzeczywistości życia kulturalnego. A jednak pozostawienie sprawy własnemu biegowi oznaczałoby zignorowanie przeszkód jeszcze krępujących krążenie idei, a także pilną konieczność wzmocnienia tej wspólnej świadomości kulturowej, bez której istnieje ryzyko, że Europa "rozwodni" swoją tożsamość i pozostanie jedynie prozaicznym wielkim rynkiem. Trzeba więc znaleźć kierunki, konkretne tematy służące do aktywacji kultury europejskiej i podniesienia współpracy do poziomu wyższego niż spontaniczna wymiana, jakkolwiek by nie była ona zachęcająca. Dlatego właśnie traktat o Unii Europejskiej, ustalony w Maastricht, uznaje po raz pierwszy dobitnie, że wymiar kulturowy jest decydujący we wprowadzaniu prawdziwej unii między obywatelami i tworzeniu poczucia wspólnej przynależności. Wyznacza on Wspólnocie cel polegający na poparciu dla wszelkiej wymiany, z zachowaniem respektu wobec różnorodności, lecz także oczywiście z poszanowaniem wobec zasady pomocniczości - tu przychodzi na myśl zwłaszcza rola miast i regionów, które od długiego czasu są bardzo wpływowymi animatorami życia kulturalnego. Kultura musi być brana w obronę jako to, czym jest, lecz także jako to, czym nie jest - a nie jest towarem takim jak inne. Znana jest dobrze obecna debata nad środkami audiowizualnymi; to niezmiernie poważna stawka, gdzie problemem jest ni mniej ni więcej tylko tożsamość Europy. Ta forma kultury nie może akceptować faktu bycia banalizowaną pod dominacją wielkich grup wielonarodowych. Potrzebuje ona zachęty, mecenatu. Odwołałem się przed chwilą do publicznej debaty o Europie. Filozof Hannah Arendt napisała: "Świat staje się nieludzki, kiedy jest wprawiany w ruch, w którym nie ma zachowanej jakiejkolwiek formy stałości". Otóż słowo pisane jest w najwyższym stopniu nośnikiem pamięci, stałości, refleksji nad jakością. Musi nam się udać, choćby po to, by uspokoić M. Kunderę, który, w przypływie pesymizmu, tak zdefiniował Europejczyka: "ten, który tęskni za Europą". Rozprzestrzenienie kultury doda nam chęci do tworzenia Europy. Tłumaczenie z języka francuskiego: Iwona Goral
|