Jan Piekło, Krajobraz po wojnie (IV) - Brczko.
 Jan Piekło |
|
Spokojny nurt Sawy dzieli oba brzegi rzeki. Zburzony w trakcie działań wojennych i odbudowany potem przez saperów sił międzynarodowych SFOR most połączył je znowu - brzeg chorwacki i ten, na którym stoi tablica z napisem w cyrylicy: "Republika Serbska". Zaraz dalej za tablicą zaczyna się Brczko - miasto o strategicznym znaczeniu dla państwa bośniackich Serbów. Leży w wąskim korytarzu między Chorwacją i Federacją Muzułmańsko-Chorwacką, który widoczną na mapach cienką linią łączy ze sobą obie części Republiki Serbskiej: północno-zachodnią z Banja Luką zdominowaną przez zwolenników prezydent Biljany Plavszić i południowo-wschodnią ze stolicą w Pale, siedzibą stronników ściganego za zbrodnie wojenne Radovana Karadżicia.
W czasie trwania organizowanych przez OBWE wyborów do władz lokalnych na skwerze w centrum Brczka Serbowie postawili pomnik. Odlany w brązie, stojący na marmurowym cokole w środku zniszczonego wojną i zaniedbanego miasta ma upamiętniać "bohaterstwo serbskich obrońców Brczka".
Etniczne czyszczenie albumów ze zdjęciami
Przed wybuchem wojny w 1992 roku Brczko było handlową i kulturalną stolicą bośniackiej prowincji Posawina, tu znajdował się również największy port rzeczny w Jugosławii, w którym przeładowywano ponad milion ton towarów rocznie. Gmina Brczko liczyła wtedy około 90 000 mieszkańców, w tym było około 25% Chorwatów, 44% Muzułmanów i 20% Serbów.
Mieszkanki Brczka - Serbki: Jesenija oraz Desanka - chodziły wtedy do szkoły i przyjaĄniły się z rówieśnikami pochodzącymi z różnych grup etnicznych.
Potem zaczęła się wojna - o miasto toczyły się ciężkie walki. Bośniaccy Serbowie, choć stanowili mniejszość, zajęli Brczko i do dziś sprawują nad nim kontrolę. Koledzy Jeseniji i Desanki poszli na front walczyć - jedni pod znakiem z chorwacką szachownicą, drudzy w armii BiH lub wojsku bośniackich Serbów. Jesenija pamięta jak sparaliżowana strachem leżała plackiem przy drodze, po której jechały czołgi a wokół padały pociski i rozrywały się granaty.
- Drugi raz tego bym już nie zniosła, uciekłabym stąd daleko - mówi.
 Pomnik serbskich obrońców Brczka |
|
Później obie dziewczyny przez jakiś czas przebywały w Serbii jako uchodĄcy (obowiązujący na terenach Bośni urzędniczy żargon nazywa uchodĄców enigmatycznie DP - Displaced Persons, zakładając, że zgodnie z porozumieniami w Dayton powrócą do swoich domów). Szybko się przekonały, że nikt ich tam nie chce; dowiedziały się, że to przez nich mieszkańcy Belgradu nie mają cukru. Kiedy walki ucichły wraz z rodzinami wróciły do Brczka. Miasto zmieniło się; nie znalazły w nim swoich dawnych kolegów i koleżanek z innych grup etnicznych. Chorwaci i Muzułmanie opuścili swoje domy, ich miejsce zajęli serbscy uchodĄcy z Sarajewa, Krajiny i innych części Bośni. Teraz w szkole, do której chodziła Desanka czy Jesenija, zasiadają w ławkach tylko mali Serbowie, którzy nie wiedzą, że kiedyś życie wyglądało tu inaczej. Serbscy rówieśnicy obu dziewczyn, którzy dorastali w okopach zabijając strach rakiją i strzelając do swoich byłych kolegów - Muzułmanów i Chorwatów - nie mogą się teraz odnaleĄć.
Nie wiem, co z nimi będzie - martwi się Jesenija - są przegrani, skończeni, zrujnowani. Nie potrafią niczego robić. Nie wiedzą, jak się pracuje... Żrąca wszystko korupcja i kombinowanie stanowią receptę na życie.
Desanka i Jesenija dojrzewały w warunkach wojny i widziały zbyt wiele, by teraz ulegać tanim sentymentom. Są pragmatyczne, chciałyby normalnie żyć. Obie dobrze znają język angielski, mogą więc pracować jako tłumaczki dla licznych organizacji międzynarodowych mających swoje biura w Brczku.
- Jeśli ktoś z naszych miałby o to pretensje - mówią - to proszę, niech nam da pracę i niech zapłaci tyle samo.
Matka Jeseniji pracuje w szkole jako nauczycielka. Jesenija nie pamięta, kiedy matka ostatnio wzięła pensję.
Desanka studiuje anglistykę w Banja Luce, nie lubi Belgradu, pragnęłaby kiedyś zobaczyć Nowy Jork. Zastrzega jednak, że amerykańska demokracja musi być fikcją, skoro na ulicach żyje tylu bezdomnych.
Samra jest Muzułmanką, przed wojną mieszkała w Brczku, być może chodziła do tej samej szkoły z Desanką i Jeseniją. Teraz, jak one, pracuje jako tłumaczka dla OBWE i jako DP "czasowo przebywa na terenie Federacji". Dzięki OBWE w czasie wyborów do władz lokalnych znalazła się na parę godzin w Brczku. Nie wiadomo, czy był to przypadek; a może po prostu tego bardzo chciała... W każdym razie bardzo chciała odwiedzić dom, w którym wraz z rodziną mieszkała.
Długo się zastanawiała, zanim zapukała. Drzwi otworzył starszy pan, Serb. Samra wyjaśniła, że przed wojną tu właśnie mieszkała. Serb zmieszany powiedział, że jest mu bardzo przykro; on też utracił dom i dostał przydział na właśnie to mieszkanie.
- Jeśli chcesz zabrać coś swojego, to bierz - zaprosił dziewczynę do środka.
Samra nieśmiało weszła.
- Chciałabym zabrać nasze fotografie - odpowiedziała.
Serb wyjął z komody pakiet rodzinnych zdjęć.
- Wiedziałem, że kiedyś po nie przyjdziesz - powiedział ciepło.
Samra rozpłakała się.
Może starszy pan zostawił swój album z rodzinnymi zdjęciami gdzieś w Sarajewie czy w Krajinie i już nigdy go nie odzyska? Może jego zdjęcia spaliły się razem z trafionym pociskiem mieszkaniem? W każdym razie był przygotowany na wizytę Samry. Nie zniszczył jej zdjęć.
Wybory, których nikt się nie spodziewał
Ponieważ Brczko stanowiło przysłowiową kość niezgody pomiędzy Chorwatami, Serbami i Muzułmanami, jego status nie został ujęty w porozumieniu z Dayton z 1995 roku. Międzynarodowy arbitraż miał zająć się problemem Brczka póĄniej, ostateczny termin ogłoszenia decyzji trzykrotnie odkładano. Zamierzeniem dyplomatów i negocjatorów jest przywrócenie miastu jego poprzedniego wielokulturowego, wieloetnicznego charakteru, co w praktyce oznaczałoby powrót do Brczka rzeszy uchodĄców.
 Brczko |
|
Simika był kiedyś milicjantem, w czasie wojny walczył o serbskie Brczko. On i wielu innych Serbów nie wyobraża sobie powrotu Muzułmanów i Chorwatów do miasta. Serbowie walczyli o nie, ich wysiłek upamiętnia teraz stojący w centrum na skwerze pomnik; uważają, że zbyt wielką cenę zapłacili, by wszystko póĄniej miało zostać zmarnowane.
W wyniku wojny gmina Brczko uległa podziałowi, samo miasto Brczko pozostało pod kontrolą bośniackich Serbów podczas gdy południowa część gminy znajduje się w obrębie Federacji Chorwacko-Muzułmańskiej. Władze Federacji odmówiły uznania tego status quo uważając, że równałoby się to akceptacji dokonanych na tych terenach czystek etnicznych. Chcąc przeprowadzić wybory do władz lokalnych OBWE stanęło więc przed nie lada dylematem. Kiedy już rozwiązano tę kwadraturę koła decydując się zorganizować wybory również na terytorium Federacji, Serbowie z kolei zagrozili bojkotem wyborów. W trakcie procesu rejestracji uprawnionych do głosowania doszło na terenie Brczka do przypadków łamania obowiązującej procedury; pod ścisłym międzynarodowym nadzorem rejestrację rozpoczęto więc od nowa. Właściwie do dnia wyborów urzędnicy OBWE nie wierzyli, że one się w Brczku odbędą.
28 sierpnia zwolennicy prezydent Biljany Plavszić podjęli próbę zajęcia kontrolowanej przez Pale lokalnej komendy policji. Nie udało im się, zmobilizowany przeciw nim tłum zaatakował pojazdy SFOR i międzynarodową policję UNIPTF. Wszystkie międzynarodowe organizacje zostały z Brczka ewakuowane. Tłum uszkodził samochody i budynek UNIPTF. Kiedy pracownicy OBWE wrócili do swego biura zauważyli zasadniczą zmianę w nastawieniu lokalnej ludności, która oskarżyła międzynarodowe organizacje o stronniczość i próby wywierania na Serbów nacisku. Na murach i witrynach sklepów wśród masy plakatów wyborczych socjalistów, radykałów i demokratów pojawiły się w nocy nowe ze zdjęciem Radovana Karadżicia i napisem: Nie ważcie się go dotknąć! On oznacza pokój!".
Mieszkańcy Brczka zaczęli patrzeć coraz bardziej spode łba na patrolujących miasto uzbrojonych w budzące szacunek karabiny M-16 żołnierzy amerykańskich SFOR. Chłopców z Teksasu czy z Arizony przyzwyczajonych, że otaczał ich zawsze wianuszek zaciekawionych dzieciaków, zaskoczyła nagła zmiana atmosfery. Życzliwie nastawieni, przekonani, że przyjechali tutaj, by "bronić demokracji", musieli się poczuć teraz nie chcianymi intruzami. Znajdujące się pod wpływem Pale środki masowego przekazu nazwały ich nawet "okupantami".
W takiej atmosferze, mimo wzajemnych uprzedzeń odbyły się, ku zaskoczeniu wszystkich, wybory. Frekwencja była nadzwyczajna, bo i stawka była wysoka - Serbowie uważali, że w ten sposób uda się im utwierdzić serbskość Brczka i zalegalizować wojenne status quo. Do przygotowanych przez OBWE urn szli młodzi i starcy o lasce, okutane w czarne chuściny babuleńki, do lokali wyborczych wnoszono na wózku sparaliżowanych ludzi. Wielu starszych ludzi nie potrafiło czytać, w wyborze pomagali im krewni i znajomi. Patrolujące okolicę wozy pancerne SFOR obrzucano nieprzychylnym spojrzeniem. Jakaś kobieta, której syn zginął w czasie wojny, przeklinając wygrażała amerykańskim żołnierzom pięścią. Grupa międzynarodowych obserwatorów nadzorowała wybory, poważniejszych uchybień nie odnotowano. Jak można było przewidzieć, najwięcej głosów padło na partie nacjonalistyczne: SDS (Serbską Partię Demokratyczną), SRS (Serbską Partię Radykalną) i na spowinowaconych z partią Slobodana Miloszevicia socjalistów.
Simika i jego koledzy mają powody do zadowolenia, należą do SDS i ich partia wygrała. Jesenija i Desanka już nie spróbują nawiązać utraconych kontaktów ze swoimi kolegami i koleżankami narodowości muzułmańskiej czy chorwackiej - nie wierzą, że może się to udać. Samra wróciła na teren Federacji. Siedzi teraz w nie swoim mieszkaniu przy nie swojej lampie i ogląda odzyskane rodzinne fotografie; myśli o Serbie, który mieszka w jej rodzinnym domu... Serb zaś wspomina dom, który w pośpiechu opuścił gdzieś w Sarajewie czy Krajinie i zastanawia się, czy ktoś mu kiedyś odda jego album z rodzinnymi zdjęciami...
Branislawa ma rodzinę w kontrolowanej przez Muzułmanów Tuzli. Odwiedziła ich i twierdzi, że tam ludzie są inni - częściej uśmiechają się, są bardziej otwarci i przyjaźni.
- My, Serbowie - mówi - jesteśmy zbyt dumni. Nie potrafimy nikogo o nic prosić. I dlatego jest, tak jak jest.
ZOS, czyli Zone of Separation, to dawna strefa przyfrontowa, obecnie rozdzielająca zwaśnione strony. Jeśli kiedyś były tam domy, to pozostały z nich osmalone ruiny, które bujnie zarastają chwastami. Część terenu jest nadal ciągle zaminowana (jak wyjaśnił amerykański oficer, w czasie wojny zaminowanie opuszczonego domu spełniało rolę systemu alarmowego zabezpieczającego posesję przed intruzami). Grafitti na murach informuje, kto był tu ostatni.
Wieczorem gdzieś na obrzeżach ZOS migają światełka, niektórzy śmiałkowie odważyli się wrócić do tego, co pozostało z ich domów. Wybory odbywały się także i tu, autobusy przywoziły ludzi na głosowanie. Międzynarodowy projekt zamierza rozpocząć właśnie tu program rekonstrukcji wieloetnicznej społeczności. Może na tym sponiewieranym i zniszczonym skrawku ziemi narodom Bośni będzie łatwiej żyć razem.
fot. Jan Piekło
powrót