»Wprowadzenie

Oblicza nienawiści





Martin Bell, Dziennikarz - świadek nienawiści.

Obywatele Niemiec Wschodnich pojawiający się w moim reportażu z czarnego rynku znajdującego się na Alexanderplatz w Berlinie, opanowanego przez smagłych handlarzy z Rumunii, mieli zakłopotane miny i byli Ľli. Widać było, że tęsknią za starym porządkiem, kiedy takie rzeczy były zabronione. Jeden z nich wypowiedział gorzkie słowa o "Żydach i Cyganach, którzy nie mają zamiaru tu pracować". Materiał ukazał się w wiadomościach telewizyjnych o godz. 18, w serii reportaży o nowych Niemcach dotyczących w mniejszym lub większym stopniu tej kwestii, ale bez uwagi na temat Żydów i Cyganów. Ktoś uznał, że dzisiejsi Niemcy nie powinni myśleć w ten sposób, a jeśli tak jest, to nie do nas należy pokazywanie tego.

Było to delikatne, aczkolwiek - jak sądziłem - niebezpieczne ukrycie prawdy, którą przewidział Peter McKay: "Przyjdą trudne chwile dla zjednoczenia Niemiec - napisał. - Ze starego komunistycznego kokonu na Wschodzie wynurzą się jacyś okropni ludzie. I niezależnie od tego, jak bardzo byśmy pochwalali zjednoczenie, musimy troszczyć się o dokładne relacjonowanie - czy się to komuś podoba czy nie - co się tam robi i mówi. Nie chcemy więcej niespodzianek pochodzących z Niemiec". To drobne zdarzenie ilustruje - jak sądzę - ogólną prawdę o tym, że political correctness pozostaje w niezgodzie z dobrym reportażem. Osobiście nic nie mam przeciwko political correctness i będę popierał większość z tego, o czym z upodobaniem prawią zawodowcy. Problem w tym jednak, żeby nie zasłaniała ona prawdy, która póĽniej może nam zaszkodzić, ponieważ zdecydowaliśmy się ją ignorować. Nie może być tak, że w telewizyjnych wiadomościach nie wolno nam pokazywać wszystkich obrazów, jakie są nam dostępne - bo nie przypadają nam do gustu, bo my sami ledwo możemy na nie patrzeć, zatem po co mielibyśmy narzucać je innym. Jednak kiedy zaczynamy wyrzucać słowa, ze względu na domniemaną political correctness, wpadamy w jeszcze większy kłopot.

Aby pokazać, o co idzie, przytoczę przykład z wojny pomiędzy Muzułmanami i Chorwatami w Bośni. We wrześniu 1993 roku na linii frontu znalazł się zrównany z ziemią szpital psychiatryczny w starej miejscowości uzdrowiskowej w Fojnica, w środkowej Bośni. Armia bośniacka stała po jednej stronie, a HVO - Bośniacko-Chorwackie Siły Obrony - po drugiej. Sam szpital zaś znajdował się na ziemi niczyjej, jego personel uciekł, a pacjenci błąkali się po obu liniach frontu, bezbronni jak dzieci. A mimo to, co warto zauważyć, nie było żadnej operacji "Irma", żadnej międzynarodowej kampanii w ich obronie. Pragnąłem zakończyć mój reportaż uwagą, że tak wygląda ostatnia faza konfliktu i że nie można sobie wyobrazić bardziej okrutnego obrazu niż dom wariatów w strefie wojny. Powiedziano mi wówczas, iż użycie słowa "dom wariatów" przestało być dopuszczalne: niektórych ludzi mogłoby to określenie obrazić. Próbowałem się bronić, ale na próżno. Chodziło o drobnostkę, ale rzecz miała znaczenie symboliczne. Jeśli bowiem odbiera nam się siłę i melodykę prostego angielskiego - angielskiego Cobbetta, Dickensa i Orwella - to nasze spojrzenie na świat się zaciemnia.

Orwell w swoim eseju "Polityka i język angielski" dostrzegł powiązanie pomiędzy zepsuciem języka i zepsuciem myśli (w jego czasach nie używano pojęcia political correctness, ale mniej więcej to samo on nazywał "ortodoksją"): "Wydaje się, że ortodoksja, jakiejkolwiek maści, wymaga martwego, naśladowczego stylu [...] Jeśli upraszczamy angielski, uwalniamy się od najgorszych wybryków ortodoksji". I nie było czystki etnicznej, ale coś, co ją przypominało: "Bombarduje się bezbronne wioski, mieszkańców wygania się z domów, płoną domy podpalone pociskami zapalającymi; i to się nazywa pacyfikacją".

Moje życie zawodowe toczyło się prawie wyłącznie na terenach wojennych. Przez cztery lata prawie nic innego nie robiłem i mógłbym równie dobrze podać nową definicję mojego zawodu: korespondent nieporządku nowego świata. Nie spodziewałem się, że będę żył w takim napięciu i naprawdę nie wiedziałem, czy moje nerwy to wytrzymają, czy nie są już zbyt zszargane. Z rutynowym niebezpieczeństwem zwykle umiałem sobie poradzić, ale miałem poczucie winy związane z nieustannym widokiem cierpienia innych. Na linii frontu w środkowej Bośni filmowaliśmy razem z kamerzystą Sebastianem Richem nagłą ucieczkę chorwackich uchodĽców. Obładowana tobołami stara kobieta z wnuczką potykały się na wyboistej drodze, wędrując przez tę ziemię niczyją, usianą minami. "Wiesz - powiedział Seb - są chwile, kiedy nienawidzę tej cholernej roboty". Przyznałem mu rację. Nie powinniśmy filmować tych kobiet, powinniśmy im pomóc. Jednak gdybyśmy tak uczynili, stracilibyśmy nasz materiał, a Serbowie po drugiej stronie by nas zaaresztowali. Takie rozumowanie wyglądało jak licha wymówka. I teraz też tak wygląda.

Jesienią 1993 roku uświadomiłem sobie, ze względu na sposób, w jaki moi chlebodawcy zaczęli ze mną rozmawiać, że być może zaczynają się zastanawiać, czy ja sam nie stałem się kandydatem do jakiegoś rodzaju brytyjskiej Fojnici. I nie byłem przypadkiem odosobnionym. W medycynie rozpoznaje się zespół chorobowy pod nazwą stres pola walki, który może dotknąć równie dobrze dziennikarza jak i żołnierza. Po powrocie z Bośni zostałem wezwany na konsultacje do naczelnego lekarza BBC, miłego i doświadczonego Irlandczyka. Przypuszczałem, że chodziło o badanie pooperacyjne w związku z raną odniesioną w czasie wojny. Była to jednak wizyta oficjalna, pełna uprzejmości, a pytania dotyczyły innego problemu - stanu mojego umysłu, właściwie mojego zdrowia psychicznego. Dr Anthony Clare, jeszcze jeden wnikliwy Irlandczyk, wypytywał mnie o to samo publicznie w programie radiowym dotyczącym umysłu, a obok niego siedział specjalista od stresu pola walki. Mogłem się jakoś z tego wywinąć. Zadawali naprawdę trudne pytania. Zdawali się sądzić, że obojętność na to, przez co przeszedłem, może być potraktowana jako dowód wypadnięcia z medycznej normy. Twierdziłem, że jestem mniej lub bardziej zdrowy na ciele i umyśle, ale czyż stres pola walki nie może - jak alkoholizm - objawiać się zaprzeczaniem występowania objawów choroby?

Przyznałem się do pewnych zmian, jakie u siebie zauważyłem. Jedna z nich polegała na tym, że kiedy wróciłem do mojego domu położonego w zielonym zakątku północnego Londynu, przynajmniej przez kilka pierwszych nocy nie mogłem spać. Cisza tutaj była nienaturalna, nie było słychać nic poza wiatrem poruszającym gałęziami dębu, a czasami hukaniem sowy, która znalazła sobie mieszkanie na dębie. Właściwie to tęskniłem za trzaskami małej broni i dudnieniem moĽdzierzy, które kołysały mnie do snu w Sarajewie. Wyczułem, że Irlandczycy wzięli to za dowód przeciwko występowaniu stresu pola walki.

Inna zmiana polegała na tym, że wszystko, poza pewnymi osobistymi relacjami, jakoś przestało się liczyć. Nie chodziło tu o obsesję na punkcie pracy, bo przecież pracowałem tak samo ciężko jak w innych krajach, a potem chowałem te wspomnienia jak globtroterzy. To była obsesja Bośni. Wracałem z sześciotygodniowej pracy w płonących Bałkanach, z wojny zagrażającej bezpieczeństwu Europy, nawet w okresach względnego uśpienia i zawieszenia broni, a tu proszono mnie o wzięcie udziału w jednym z tych programów talkshow, którym Radio Five z upodobaniem wypełnia wieczorne godziny. Bośnia była w nim sprawą drugoplanową. Uczestników dyskusji, wielkich i dobrych ze świata brytyjskiego dziennikarstwa, bardziej interesowała pozycja eurosceptyków w rządzie oraz ogromny problem moralny, czy zwycięzca loterii krajowej ma prawo do anonimowości. Niewiele miałem do powiedzenia w tych kwestiach.Pytałem się tylko sam siebie, czy to jest mój kraj? Ba, czy to jest moja planeta?

Wina wyraĽnie leżała po mojej stronie: jakiś brak proporcji, który najlepiej definiuje określenie "bośniacki syndrom abstynencki". Widziałem to u innych, zwłaszcza u dziennikarzy, ale także u żołnierzy i ludzi niosących pomoc. W batalionie księcia Walii, jednym z najlepszych, jakie mieliśmy w Vitez, nawet najlepsi ludzie po powrocie z Bośni osiągali bardzo niskie wyniki w testach psychologicznych badających ich sprawność zawodową. Jakoś tak się stało, że zwykłe obowiązki żołnierskie straciły na znaczeniu. To samo przydarzyło się, co już jest sprawą bardziej znaną, generałowi Lewisowi MacKenzie. Po odwołaniu go z Sarajewa, objął dowództwo dywizji armii kanadyjskiej. Nie ma ich tak dużo i w innej sytuacji taka nominacja oznaczałaby spełnienie życiowych ambicji. A tu rzecz dziwna, po swoich doświadczeniach w Bośni, generał przyjął nominację z niechęcią, a nawet przygnębieniem, bo w Sarajewie mógł mówić, co myśli, a w Toronto czy Ottawie, nie. Rok przed upływem kadencji odszedł ze służby, utworzył General MacKenzie Communications Inc., rozpoczynając nową karierę zawodową jako doradca armii innych krajów i komentator sił pokojowych Narodów Zjednoczonych. (Zachował także zdrowe zmysły, czego dowodem jest wielokrotna odmowa na propozycje zajęcia się polityką.)

Napisałem o potrzebie zaangażowania oraz dziennikarstwa służącego poznanym w życiu zawodowym sprawom. Ale, rzecz jasna, trzeba zachować jakąś równowagę, bo inaczej staniemy się orędownikami przegranych spraw czy też zelotami z pianą na ustach i będziemy mniej skuteczni. Wyczułem to u siebie przy okazji talkshow Radia Five. Sprawy i sposób patrzenia na życie moich rozmówców były mi obce. Znalazłem się w niebezpiecznej pozycji wygłaszającego tyrady jak ów Stary Żeglarz, który "zatrzymuje jednego z trzech".(1) Byłoby dobrze rzucić to wszystko, oddalić na jakiś czas i popatrzeć z dalszej perspektywy.

Miałem jednak szczęście. Interweniowała Opatrzność, znana także pod postacią mojego łagodnego i sprawnego wydawcy zagranicznego Vina Raya. Potrzebował kogoś z referencjami starego wiarusa, który znał różnicę pomiędzy pamięcią a świętowaniem (rzecz zdumiewająca jak wielu nie zna tej różnicy). Chodziło o to, żebym zrobił audycję o różnych 50-letnich rocznicach upamiętniających wydarzenia mające miejsce pod koniec II wojny światowej. Zapewniłem Raya, choć mogło wydawać się coś innego, że byłem na tyle stary, by znajdować się wśród tych, którzy lądowali w Normandii. Na pewno byłem tam podczas rocznicy, kiedy to w czasie odpływu weterani paradowali przed królową na piaskach Arromanches. Maszerowali żwawo i dumnie, śpiewając piosenki obu wojen światowych. (Niestety audycja na żywo z tej uroczystości straciła na znaczeniu za sprawą komentatora, który ciągle omawiał każdy szczegół, choć wcale nie trzeba było słów. Najtrudniejsza umiejętność w telewizji to sztuka pisania ciszy.)

Odszukałem starych przyjaciół z Suffolk, którzy lądowali w Normandii razem z trzecią dywizją brytyjską. Mało znam większych zaszczytów od słuchania starych żołnierzy, którzy przeżyli takie chwile; to jak studiowanie historii bez historyków. Maszerowali także przez Colville-Montgomery, które wyzwolili. Najstarszy, który przeżył - pułkownik-porucznik Eric Lummis, ranny w Normandii jako młodszy oficer, prowadził za sobą sześćdziesięciu starych żołnierzy w kolumnie marszowej. Zrobiłem wszystko, żeby jego komenda "Pierwsza brygada Suffolk, naprzód marsz!" znalazła się tego wieczoru w wiadomościach wieczornych o godz. 21. Najmłodszy z tych żołnierzy miał 68 lat i taka defilada się już nigdy nie powtórzy. Następnego dnia zaprosili mnie, żebym razem z nimi wziął udział w nabożeństwie żałobnym w Château de la Lande, który ongiś stanowił fortecę broni pancernej, gdzie padło wielu z ich towarzyszy. Orkiestra następcy pułku Suffolk, Royal Anglians, maszerowała wzdłuż szerokiej alei zamku, grając marsz pułkowy Speed the Plough. Eric Lummis serdecznie podziękował gospodarzom we własnej francuszczyĽnie i odsłonił prostą tablicę pamiątkową z boku drogi. Odegrano Ostatnią Placówkę i oczy starych wiarusów zaszły mgłą. Oczywiście nie było to żadne świętowanie. Z 925 ludzi batalionu 103 zginęło w Normandii, a 389 zostało rannych. I tak żołnierze pułku Suffolk mieli więcej szczęścia niż inni.
Miałem w pamięci te postacie, gdy niewiele dni póĽniej uczestniczyłem w podobnej uroczystości - te same słowa, te same honory od żywych dla zmarłych, prawie ten sam pułk i uderzająco podobna tablica pamiątkowa. Tym razem jednak była to uroczystość z porządku nowego, a nie starego, świata. Tablica pamiątkowa była poświęcona pamięci Stevena Wormalda, 22-letniego kapitana Angielskiego Pułku Królewskiego, który zginął rozerwany miną w pierwszym tygodniu pobytu w Bośni. Zdarzyło się to w czasie rzekomego przerwania ognia, w jednej ze zniszczonych wiosek blisko Gornji Vakuf, na starej linii frontu pomiędzy Muzułmanami i Chorwatami. Napis na tablicy głosi, że kapitan zginął w służbie pokoju. Wydaje się, że istniała tu ponura symetria.

Po pięćdziesięciu latach przerwy armia brytyjska znowu zaangażowała się w wojnie lądowej w Europie. Nie brała bezpośredniego udziału w walce, niemniej jej żołnierze czasami tak samo narażali swoje życie, jak gdyby w niej brała udział. I nie wszystkie ofiary, jak Steven Wormald, były przypadkowe. Starszy szeregowy Wayne Edwards, pierwszy, który zginął, został umyślnie zastrzelony w luku wozu pancernego. Każdy żołnierz mógł równie dobrze stać się celem ataku podczas służby pokojowej, jak też w czasie walki.

Oczywiście te przypadki różniły się. Siły Narodów Zjednoczonych były nieliczne, złożone z ochotników. Można je było szybko odwołać, choć z pewnym trudem, albo przekształcić w coś innego. Rzecz jasna, nie chodziło o bezpieczeństwo narodowe ani też o przetrwanie narodu. Choć straszny konflikt w Bośni spowodował wielki wstrząs, to jednak nie rozprzestrzenił się w sposób istotny poza jej granice.

Była to wojna terytorialna, która rozpoczęła się od ataku silnego na słabego. Wygrała siła. Bezpieczeństwo narodowe mogło być zagrożone; po 1914 roku już nie potrzeba nam żadnej lekcji historii na temat reperkusji pierwszego strzału, który padł w przypływie gniewu w Sarajewie. Być może najlepszą analogią będzie tu ogień, który wybuchł w południowym skrzydle naszego wspólnego europejskiego domu. Mieliśmy szansę uformować się w oddział strażacki i ugasić go albo wycofać się do naszych domów w nadziei, że ogień sam się ugasi. Naszą brygadę strażacką stanowił UNPROFOR, choć Ľle wyposażony i nieprzygotowany. Przyszli podpalacze w innych miejscach świata patrzyli, jak ta brygada będzie gasiła. Marnie im szło, dopóki nie oddali gaszenia pożaru w bardziej profesjonalne ręce.

Trzeba tu uwzględnić także moralny wymiar, a mianowicie czy los ofiar poruszył nas do tego stopnia, żebyśmy przestali zważać na interes narodowy. Czystka etniczna w swej najbardziej śmiercionośnej formie przypomina ludobójstwo dokładnie w tym sensie, że nie jest zbrodnią dokonaną w pojedynkę. Potrzebuje wspólników: nie tylko w nienawiści, która zbrodnię umożliwia, lecz także w obojętności, która pozwala jej zaistnieć.

I znowu perspektywa 50 lat staje się tutaj użyteczna. Następna uroczystość, w której uczestniczyłem zawodowo, to bardzo ponura uroczystość: wyzwolenie obozu w Oświęcimiu. W żadnym miejscu, nawet w Berlinie, nie byłem tak prześladowany przez duchy przeszłości. Nowy napis na tablicy pamiątkowej w Brzezince, celowo zbudowanym obozie śmierci, w którym zginęło ponad milion Żydów, określa to miejsce jako ostrzeżenie dla ludzkości. Ci, którzy przeżyli Holocaust, zmuszeni do powrotu tam na uroczystość, nie byli jedynymi, którzy dostrzegli ciągłość pomiędzy "ostatecznymi rozwiązaniami" wówczas i obecnie i którzy doszli do wniosku, iż nikt nie wziął sobie do serca ostrzeżenia dla ludzkości.

René Guttman, naczelny rabin Strasburga we Francji prowadził modlitwę w jednej z dwóch czynnych synagog Krakowa, mieście znajdującym się najbliżej Oświęcimia (i tak się składa, że to miasto znalazło się w Liście Schindlera). Modlitwa zgromadziła 200 osób. Na wstępie rabi błędnie powitał ich w Sarajewie. Był to raczej błąd popełniony przez serce niż przez język. "Rozumiemy - powiedział rabi - że to, co się dzieje dzisiaj w Sarajewie, jest wynikiem tego, iż jesteśmy świadkami takiego samego braku tolerancji i nienawiści do ludzi, jaka panowała tutaj 50 lat temu. Instynkt holokaustu nadal niestety pozostaje w sercach niektórych ludzi".

Do tego samego nawiązał Elie Wiesel, który z pewnością zasługiwał na uwagę, jak mało kto. Wypowiedział się na ten temat pośrednio w swoim przemówieniu w Oświęcimiu, który przeżył jako jeden z nielicznych. Wiesel zwrócił się do następnego pokolenia: "Nie chcę, by moja przeszłość stała się ich przyszłością". Tę samą myśl wyraził bezpośrednio i otwarcie wobec zgromadzonych, wśród których znajdował się prezydent Clinton, w czasie otwarcia Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie: "Czego się nauczyliśmy? Otrzymaliśmy parę lekcji, może lekcji o małym znaczeniu, iż wszyscy jesteśmy odpowiedzialni i że obojętność jest grzechem i karą. Nauczyliśmy się też, iż kiedy ludzie cierpią, nie możemy pozostać obojętni. Panie Prezydencie, nie mogę się powstrzymać, żeby panu czegoś nie powiedzieć. Zeszłej jesieni byłem w byłej Jugosławii. Od tego czasu nie mogę spać. Jako Żyd mówię, że musimy coś zrobić, by powstrzymać rozlew krwi w tym kraju. Ludzie walczą ze sobą, dzieci giną. Dlaczego? Należy coś uczynić, cokolwiek. To jest lekcja. Istnieje wiele innych lekcji. Pan przyjdzie, pan się dowie. Razem się nauczymy".

Nadal się uczymy. Trudno odeprzeć zarzut o obojętność, tak jak go sformułował Elie Wiesel. I to właśnie dlatego, że wypowiedział go on, człowiek mający do tego prawo. Naszym - zwykłych korespondentów wojennych - zadaniem jest wykonywanie codziennej pracy: gromadzenie dowodów, które sprawią, że jego ostrzeżenie stanie się ważne, naglące i konieczne. Taka praca jest i powinna być daleka od publicystycznych polemik, bowiem powinniśmy pokazać to, co znajdujemy, a nie to, czego szukamy. Jeśli nam się poszczęści, otworzymy ludziom oczy na te stare i niebezpieczne prądy, które wokół nas płyną. Jeśli nam się nie uda, ludzie będą bardziej troszczyli się o wyniki krajowej loterii.

W przypadku obecnego doświadczenia, inaczej niż w przypadku wcześniejszego ludobójstwa jeszcze okropniejszego w sensie arytmetycznym, fakty są dobrze znane i od początku udokumentowane. Byli naoczni świadkowie, są zdjęcia. Była tam telewizja. Nie możemy zasłaniać się niewiedzą. Jednakże trudność pozostaje ta sama. Jest to trudność komunikacji, jak w przepowiedni Kasandry: mówienie rzeczy niewypowiadalnych do ludzi, którzy nie chcą słuchać. I, jak zwykle, to Elie Wiesel znalazł właściwe słowa: "Drodzy przyjaciele, to nie dlatego nie rozumiecie, że ja nie potrafię wam wyjaśnić. Nie potrafię wyjaśnić, bo wy nie chcecie zrozumieć".

Pełniąc funkcję korespondenta ze świata nowego porządku byłem świadkiem dwóch testów i wyzwań dla tego porządku. Pierwszy miał miejsce w Kuwejcie, gdzie większe państwo napadło i zaanektowało mniejsze. Zachodni sojusz obiecał, że położy kres tej agresji - i obietnicy dotrzymał. (Ale Kuwejt miał ropę.) Druga próba to Bośnia, gdzie silniejszy naród zaatakował słabszy i wygnał tych, którzy jeszcze zostali przy życiu, z ziemi, na której żyli od wieków. (Ale Bośnia nie miała ropy; armia amerykańska podejmuje działania na pustyni, ale nie w górach, przynajmniej nie robiła tego, dopóki dramatycznie nie zmieniły się rozkazy pod koniec 1995 roku. Ale nawet wtedy zachowywała się ostrożnie, wykonując ograniczone operacje z minimalnym ryzykiem, kryjąc się za stalowym pierścieniem, gotowa do opuszczenia pola walki i ogłoszenia zwycięstwa dokładnie rok póĽniej. Cel Amerykanów w Bośni to triumf na wynos.)

Teraz, kiedy piszę ten tekst, dyplomacja jeszcze raz zajmuje się problemem bałkańskim; mamy traktat pokojowy oraz siły wojskowe, by go wprowadzić w życie, przynajmniej przez krótki okres czasu. Od początku sądziłem, że ten kryzys może zakończyć się na dwa sposóby: albo stabilizacja pozostałej części Europy rozciągnie się na Bałkany, albo destabilizacja Bałkanów rozciągnie się na pozostałą część Europy. Nadal istnieją te dwie możliwości. Jeśli wróci czarny scenariusz, a siły wojskowe wprowadzające pokój nie zechcą tam pozostać, wówczas zostanie zagrożone bezpieczeństwo Europy, a my będziemy pamiętali podstawową lekcję wojny, którą Bośniacy poznali na własnej skórze. To brutalna lekcja: daj broń dzieciom.


Aluzja do utworu Samuela Taylora Coleridge'a (1772-1834) zatytułowanego Pieśń o Starym Żeglarzu. Żeglarz przymusza jednego z biesiadników weselnych, by wysłuchał jego historii, jak to w czasie sztormu, kiedy statek znajduje się w okowach lodów Bieguna Południowego, pojawia się albatros. Cała załoga wita ptaka z radością, jako zwiastuna ocalenia. Żeglarz jednak napina łuk i zabija albatrosa. Sprowadza to nieszczęście, cała załoga ginie oprócz starego marynarza. [przyp. tłum.].
Tłumaczenie na język polski: Jan Kłos

powrót


Partnerzy: Wydawca: