Jan Piekło, Krajobraz po wojnie (I) - Belgrad.
 Jan Piekło |
|
Jest rok 2002. Ivan D., Serb, mieszkaniec Belgradu, udaje się do Paryża. Automatyczna bramka na granicy przepuszcza obywateli Unii Europejskiej wczytując kod ich karty identyfikacyjnej wsuwanej w przeznaczoną do tego szczelinę. Ivana D. bramka nie przepuszcza. Specjalny sygnał kieruje go do pomieszczenia, w którym znudzony urzędnik kwestionuje wieziony przez Ivana D. dla mieszkających w Paryżu przyjaciół macedoński ser i suszone mięso.
- To są towary zabronione, produkowane niezgodnie ze standardami Unii - mówi zrezygnowanemu Serbowi europejski urzędnik.
Utracona szansa
Ta niekoniecznie fantastyczna historia znajdzie się w książce "Zapiski z przyszłości", nad którą właśnie profesor Ivan D., mieszkający w Belgradzie międzynarodowy ekspert w dziedzinie promieniowania, pracuje. Opowiada o tym z lekką autoironią, z której przebija żal za szansą, którą Jugosławia bezpowrotnie utraciła, kiedy poddała się etnicznemu szaleństwu. Jeszcze Jugosławia post-titowska, ze zbudowaną za zagraniczne pieniądze infrastrukturą, z nieskrępowaną dogmatycznym gorsetem gospodarką, otwarta na wpływy Zachodu bardziej niż inne kraje komunistyczne, której obywatele mogli trzymać paszporty w szufladzie, mogła być pierwszym w kolejce postkomunistycznym krajem kwalifikującym się do przyjęcia do Unii Europejskiej. Mieszkańcy Belgradu - stołecznej metropolii byłej Federacji - odczuwają z tego powodu frustrację i smutek. Niektórzy czują się przez Europę i świat upokorzeni. Nie da się jednak cofnąć czasu, który zamroził ich kraj w ekonomicznej blokadzie, zdewastował morale i gospodarkę, zasiał w umysłach nienawiść. Powoli nadchodzi czas refleksji - rachunku strat.
Dzisiejszy Belgrad nie jest już stolicą potężnej Federacji, ale tylko stolicą tzw. Nowej Jugosławii, państwa umieszczonego teraz gdzieś na obrzeżach cywilizowanego świata, którego obywatele muszą uzyskać wizy, kiedy chcą odwiedzić jeden z krajów Europy. Na międzynarodowym lotnisku sporadycznie lądują zagraniczne samoloty. Zagraniczny wielki kapitał omija szerokim łukiem Serbię i Czarnogórę, a rodzimy powiązany jest z rządzącą partią i grupami interesu, które wzbogaciły się na wojnie.
 Belgrad, sprzedaż narodowych serbskich pamiątek |
|
- Nie zmieniło się wiele - mówi z ironią Duszan Kovaczević, wybitny serbski dramaturg, autor scenariusza do sławnego filmu Emira Kusturicy "Underground" - starzy komuniści stali się teraz kapitalistycznymi zarządcami. Pracują teraz dla mafii zamiast dla partii. Belgrad przypomina dziś Chicago z czasów Ala Capone. Przeminęły euforia i nadzieja towarzyszące ostatnim demonstracjom ulicznym, kiedy tysiące mieszkańców stolicy waląc w garnki, dmąc w gwizdki, rzucając jajkami czy stojąc w milczeniu protestowały przeciw sfałszowaniu wyników wyborów lokalnych. Slobodan Miloszević z łatwością został prezydentem okaleczonej federacji Nowej Jugosławii. Zoran Dzindzić jest dziś burmistrzem Belgradu, ale niewiele z tego wynika (może poza faktem, że ulice Belgradu bywają sprzątane). Targana ambicjonalnymi sporami swoich liderów opozycyjna koalicja "Zajedno" nie potrafi działać wspólnie. Apatia i zrezygnowanie pustoszą ludzkie umysły, negując sens jakichkolwiek prospołecznych działań.
Wojna o media
Na ekranie starego hotelowego telewizora o spłowiałych barwach brzydka spikerka ubrana w stylu lat 80. odmienia przez przypadki słowo-klucz, najświętsze dla twórców nacjonalizmu słowo: "Serbija". Potem pojawia się uśmiechnięty "presjednik" Slobodan Miloszević, który ściska dłonie ludzi w Kragujevcu, Użicach, Niszu, Szabcu. Rozmawia z nimi, całuje w główkę lnianowłosego chłopczyka. Ciąg zdarzeń nasycony jest tą samą treścią, znaną mi z czasów wojny.
W Serbii trwa walka o media. Kto kontroluje media, ten rządzi krajem. Monopol na informację został w Belgradzie w zasadzie złamany. W licznych kioskach leżą nowe tytuły - niezależne dzienniki "Nasza Borba", "Blic", "Demokratija", "Dnevni Telegraf". Można tam kupić także "nieco wczorajszą" prasę zagraniczną - "International Herald Tribune" czy "Le Monde" oraz chorwacki opozycyjny tygodnik o satyrycznym profilu "Feral Tribune". Funkcjonuje niezależna agencja informacyjna "Beta". Nadaje owiane już legendą Radio B-92 oraz podległa władzom miejskim Belgradu stacja telewizyjna Studio B. Gorzej jest na prowincji, gdzie wciąż dominującą pozycję ma RTS - państwowa serbska telewizja.
W połowie marca tego roku nowo mianowana minister informacji Republiki Serbii Radmila Milentijević podała do publicznej wiadomości przygotowany przez jej resort projekt nowego prawa prasowego. Wszystkie opozycyjne partie skrytykowały ten dokument, twierdząc zgodnie, że przyjęcie go stanowiłoby krok jeszcze bardziej oddalający Serbię od demokratycznego świata. Projekt proponował między innymi zapis, by prywatne media elektroniczne nie mogły obejmować swoim zasięgiem więcej niż 25% całego terytorium Serbii oraz nakazywał wszystkim gazetom otrzymującym finansowe czy techniczne wsparcie z zagranicy ujawnienie tych źródeł na swoich łamach.
 Belgrad, żebrzące dziewczynki |
|
Podczas rozmowy w gabinecie Ministerstwa Informacji poprosiłem Radmilę Milentijević o kopię kontrowersyjnego projektu. Pani minister żachnęła się: "O, to jest niedobry i już nieaktualny projekt". Obiecała przesłać gotową nową wersję, na którą wciąż czekam. Opowiedziała także o swoich nowych zamierzeniach mających na celu zmuszenie dwóch istniejących w Serbii stowarzyszeń dziennikarskich: Stowarzyszenia Dziennikarzy Serbii i Niezależnego Stowarzyszenia Dziennikarzy Serbii, do opracowania wspólnego kodeksu etycznego. Służyć temu miałoby właśnie organizowane przez nią spotkanie, na które zamierzała zaprosić przedstawicieli obu organizacji. Niestety, sytuacja, w której władza inicjuje powstanie etycznych podwalin dziennikarstwa, nie wróży najlepiej na przyszłość.
W wywiadzie dla "Naszej Borby" Radmila Milentijević wyraziła szczere przekonanie, że Slobodan Miloszević "jest całkowicie zdeterminowany, by prowadzić kraj w kierunku dalszej demokratyzacji" oraz że "Wolność mediów jednakże nie jest u nas ograniczona do takiego stopnia, jak się powszechnie uważa w świecie" (po wizycie w Chorwacji rzeczywiście można się z tym sformułowaniem zgodzić), a serbska prasa posiada "całkowitą wolność", podczas gdy sytuacja w mediach elektronicznych "pozostaje nieco inna". Radmila Milentijević nie ma dobrych notowań u dziennikarzy, z którymi rozmawiałem. Sporą część swojego życia spędziła, podobnie jak były premier Milan Panić, w Stanach Zjednoczonych. Złośliwi utrzymują, że często jako argumentu używa odniesienia do swoich amerykańskich doświadczeń mawiając: "U nas w Ameryce". Jedna z gazet napisała: "u was w Ameryce ona z pewnością nie zostałaby ministrem informacji". Pani Milentijević uważana jest za człowieka Miloszevicia. Znalazła się w składzie gabinetu Panicia i jej wyjście z rządu wraz z grupą ludzi przesądziło o jego upadku.
W prasie rządowej karierę zrobiło ostatnio słowo "rewanżyzm". Także Stowarzyszenie Dziennikarzy Serbii wystąpiło z żądaniem "ochrony dziennikarzy przeciw rewanżyzmowi". Rzecz dotyczyła ostatnich wyborów i przejęcia przez opozycję władzy na szczeblu lokalnym w kilku miastach Serbii, co miało pociągnąć za sobą masowe zwolnienia dziennikarzy miejscowych mediów. Według anglojęzycznego miesięcznika "News on Media" wydawanego przez sponsorowane przez Sorosa i EU Media Center w Belgradzie nie było podstaw do takich stwierdzeń, a informacje, że np. w RTV w Kragujevcu zwolniono 46 osób, okazały się nieprawdziwe.
Opozycja, podobnie jak rządzący, pragnęłaby podporządkować sobie media. Sasza Mirković, dyrektor Radia B-92, opowiada o swoich kłopotach z nowymi władzami miasta, które zamierzały ubrać popularną belgradzką stację w politykę. Sasa jest zapraszany na kongresy i spotkania opozycji bynajmniej nie w charakterze dziennikarza. Niejednemu by to pochlebiło i dałby się namówić - Mirković się nie dał. Woli "robić swoje radio", chodzić w dżinsach i trampkach oraz gnieĄdzić się w zadymionych i ciasnych pokojach studia B-92 przy ul. Makedonskiej. Na drzwiach jego gabinetu widnieje wielki napis: "No Hate Zone" - "Strefa wolna od nienawiści". I to, że w Belgradzie są takie miejsca, napawa optymizmem.
Równie optymistycznie nastraja rozmowa z Vesną Vujić, przewodniczącą Niezależnego Stowarzyszenia Dziennikarzy Serbii, która opowiada o kursie zorganizowanym w Kalmarze przez szwedzki instytut kształcenia dziennikarzy FOJO. Zaproszono nań reporterów i redaktorów z różnych republik byłej Jugosławii. Nareszcie mieli możliwość porozmawiania. Nieważny był dla nich program kursu; nie spali w nocy, by móc w zadymionym pokoiku tylko gadać ze sobą i gadać. Ponieważ dyskusji nie skończyli, postanowili w jesieni zorganizować wspólne spotkanie w Ohrid w Macedonii. Choć nacjonalistyczni politycy próbowali ich podzielić, jednak się nie udało.
Trudne patrzenie w przyszłość
Serbowie czują się odcięci od świata. Są skoncentrowani na swoich problemach i rozliczaniu się z przeszłością, dziedzictwem Tity i wojną, która nakręciła spiralę historii.
- Rany krwawią, jadzą się... - tak powiedziała mi minister Radmila Milentijević.
- Media w dawnej Jugosławii przedstawiały piękną rzeczywistość - mówi Nebojsa Curcić, zastępca naczelnego prorządowej "Polityki" - która nie istniała. A ludzie w nią wierzyli. Ze śmiercią Tity wszystko zaczęło się sypać. Media nie przygotowały ludzi na podział Jugosławii. Potem zaczęło się najgorsze... Pokolenie 40-latków utraciło swój świat i nie może się odnaleĄć. Belgradczycy są po słowiańsku serdeczni i gościnni; nieczęsto zdarza się im zapraszać do domu gości z zagranicy. Nad kieliszkiem macedońskiego wina czy serbskiej rakiji rozwiązują się języki.
- Macedonia to Serbia, podobnie jak Kosowo - mówi Borys, który razem z innymi studentami uczestniczył w ostatnich demonstracjach i nie wyobraża sobie możliwości oddania Kosowa Albańczykom. Przed posiłkiem Borys, praktykujący wyznawca prawosławia, odmawia modlitwę.
Pytam o przyszłość, czy możliwy jest jakikolwiek związek czy współpraca pomiędzy byłymi republikami Jugosławii - Serbią, Chorwacją, Bośnią...
- Potrafię myśleć tylko o Serbii - odpowiada matka Borysa. - Za dużo strasznych rzeczy się stało. Nie potrafię myśleć o całej Jugosławii.
- Może jakieś więzi ekonomiczne, może kiedyś... teraz jeszcze nie czas, nie jesteśmy do tego przygotowani - Borys kręci głową.
Aleksa Dżilas, syn sławnego dysydenta, niegdyś współpracownika Tity, Milovana Dżilasa, jest również sceptyczny. Uważa jednak, że z utratą Kosowa należy się pogodzić. Chorwaci, jego zdaniem, czynią umizgi do Unii Europejskiej, gdyż chcą pokazać Serbom, że są od nich lepsi. Aleksa twierdzi, że należy popatrzeć realistycznie na układ z Dayton; aby zapobiec gwałtom, należy zgodzić się, by uchodĄcy zamiast wracać do swoich domów otrzymali odszkodowania. A proces jednoczenia się Europy trzeba ujrzeć też z innej perspektywy - zintegrowana przeciwko komu...
 Belgrad, żebrzące dziewczynki |
|
W możliwość utworzenia w przyszłości rodzaju federacji byłych jugosłowiańskich republik wierzy Sasza Mirković, dyrektor Radia B-92. Takie rozwiązanie może kiedyś wymusić postępujący proces integracji europejskiej. Największym katastrofistą okazuje się dramaturg Duszan Kovaczević, który uważa, że NATO musi trzymać wojsko w Bośni przez następne 20 lat, jeśli chce uniknąć wojny na Bałkanach.
W teatrze Zvezdara idzie jego nowa sztuka "Larry Thomspon" pełna aluzji do obecnej sytuacji politycznej w Serbii. Widzowie biją brawo, gdy na scenie pojawia się podobny do "Slobo" aktor ubrany w charakterystyczną panterkę serbskiej milicji. Wyłapują w mig - jak w czasach komunizmu wszyscy widzowie od Władywostoku po Łabę - każdą myśl, każdy sygnał autora. Kovaczević jest powszechnie uważany za twórcę kultowego. Jego sławne zdanie ze sztuki "Radovan III": "Nie pozwól im się zabić, dopóki nie zwyciężymy", cytował nawet "The New York Times".
- On jest naszym sumieniem - powiedział dziennikarzowi tej gazety Boba Durović, dyrektor Belgradzkiego Teatru - choć nie wszyscy chcą tego słuchać. W czasach powszechnej gloryfikacji nacjonalizmów oraz korupcji sztuki i kultury krajów byłej Jugosławii pozycja Kovacevicia pozostaje niekwestionowana. Jego twórczość zmusza ludzi do myślenia w kategoriach prawd wielkich, krusząc krępujący ruchy upiorny kokon nacjonalizmów.
Nad zamkiem Kalamegdan, który niegdyś był turecką twierdzą, zachodzi słońce. Widać, jak nurtem Dunaju płynie barka. Przychodzą tu pary zakochanych. Całują się jak w milionach innych miejsc świata. Belgrad tętni życiem. W ogródkach przy kawiarenkach ludzie piją kawę lub belgradzkie piwo BIP. W kiosku na okładce magazynu "Mladina" rzuca się w oczy karykatura Miloszevicia i Tudjmana zastygniętych w pocałunku podobnym do tego ze sławnego zdjęcia, które obiegło kiedyś cały świat a przedstawiało Honeckera wpijającego się w usta Breżniewa.
Przed cerkwią św. Marka siedzi żebrak bez nóg i w niemym geście wyciąga rękę po jałmużnę. Wewnątrz, w chłodnym półmroku młoda dziewczyna zapala dwie cienkie i długie świeczki - jedną za żywych, drugą za zmarłych; może tych najbliższych, którzy zginęli w czasie wojny. Ulicami kłębi się kolorowy tłum ludzi i odnosi się wrażenie, że jest w nim coś z potęgi żywiołu, którego żadna dyktatura nie da rady poskromić.
Tekst powstał w rezultacie wizyty Williama E. Portera, przewodniczącego międzynarodowej organizacji zrzeszającej ludzi mediów - International Communications Forum - i autora w Belgradzie w ramach projektu ICF, mającego na celu pomoc w integracji środowisk dziennikarskich krajów byłej Jugosławii.
fot: Robert Urbański, Jan Piekło
powrót